1943: Battle of Midway

Wojenne klimaty zawsze znajdują zainteresowanie wśród graczy. Jest tak obecnie, kiedy to zagrywają się w serie Call of Duty, Battlefield czy Medal of Honor, kłócąc się, która jest najlepsza, ale również przed laty wydawano mnóstwo tytułów traktujących o potyczkach żołnierzy. Dość wspomnieć Guerilla War, Tank, Jackal a także mało popularny w naszych kręgach (a przynajmniej moich) dublet firmy Capcom, traktujący o powietrznych walkach w czasie II wojny światowej: 1942 oraz 1943: Battle of Midway.

Tytułowa bitwa o Midway stoczyła się w 1942 roku, jednak twórcy użyli tego tytułu zapewne nie z ignorancji historycznej, ale podkreślenia ciągłości z poprzednio wydanym tytułem. Interesująca nas gra pojawiła się w sprzedaży w 1988 roku. Wcielamy się w niej pilota samolotu P-38 Lightning. Naszym głównym zadaniem jest pokonanie wojsk japońskich. Nie ma tu jakiejś głębszej fabuły związanej z ratowaniem całego świata czy nagłym zwrotem akcji. Historyczny fundament wydaje się być pretekstem dla rozgrywki.

Okazuje się, że Azjaci świetnie radzą sobie w powietrzu, ponieważ z czasem unikanie kul wroga staje się prawdziwą katorgą. Maszyn na planszy mieści się sporo, ranią nas wystrzały, ale także styczność z wrogimi siłami. A te nie lecą prosto na nas, ale podlatują, zawracają, szybko się przemieszczają. Nasz samolot ma dwa podstawowe ataki, odpowiednio dla dwóch klawiszy akcji, polecam jednak zaopatrzyć się w pada posiadającego funkcję Turbo. To zdecydowanie ułatwi walki z hordami wrogów. Z reguły każdy level składa się z pomniejszych części. Najpierw jest etap powietrzny, zaś później P-38 zlatuje niżej i ma do zestrzelenia choćby statki lub większe samoloty wroga. Można to porównać do walki z bossem. Warto dodać, że wytrzymałość wroga zależy od jego wielkości. Większość samolocików strącimy jednym strzałem, zaś na sekwencje bossów wystrzeliwuje się kawał magazynku, który na szczęście jest nieskończony (mam na myśli broń podstawową).

Przedstawiłam pokrótce przeciwników, ale niewiele jeszcze informacji padło o naszym samolocie. Jak wspomniałam, posiada dwa podstawowe ataki. Jeden zwykły, który się nie wyczerpuje, a także mocne błyskawice (pewnie nawiązanie do nazwy maszyny) niszczące wszystkich wrogów na planszy (nie dotyczy to, rzecz jasna, bossów). W przeciwieństwie do wielu innych gier o podobnej mechanice, nie giniemy od jednego pocisku lub zetknięcia z wrogiem, ale tracimy paliwo, będące odpowiednikiem punktów życia. Co ważne, z czasem jego ilość i tak się zmniejsza, dlatego trzeba łapać wszelkie znajdźki, które pojawiają się na planszy. Wśród nich są przedmioty z napisem „Pow”, które odpowiednio ostrzelane mogą choćby zmienić się w broń dodatkową.

Na początku gry mamy do rozdysponowania trzy punkty ulepszeń. Możemy zainwestować w siłę ataku, obrony, energię, specjalną broń lub długość czasu, w którym posiadamy ową broń. W niektórych miejscach na poszczególnych etapach możemy również zdobyć punkty do ulepszeń i w tym samym momencie je spożytkować dzięki specjalnym znajdźkom. To bardzo ciekawe rozwiązanie, ponieważ gracze mają różne taktyki na przechodzenie gier, jedni wolą wyczekać wroga, inni prą naprzód, zatem opcja rozlokowania dowolnie punktów wydaje się świetna.

Nie sposób nie wspomnieć o kwestii grafiki i udźwiękowienia. O ile „zwykłe” jednokolorowe samoloty, które łatwo zestrzeliwujemy nie są jakoś rozbudowane, tak już większe maszyny, nie tylko te będące odpowiednikami bossów, owszem. Bardzo szczegółowo zaprojektowano działa, widoczny i efektowny jest także model wystrzału. Zaimplementowano również dodatkowe elementy, a także podkreślono części składowe latającego pojazdu. Zdecydowanie wypada to na plus. Do tego niesamowicie prezentuje się atak błyskawicą, robi wrażenie zwłaszcza wtedy, gdy ściąga jednocześnie kilku przeciwników. Można odnieść wrażenie, że o ile przyłożono się do wyglądu maszyn i ataków, tak nieco pokpiono sprawę z levelami. Owszem, nie ma co spodziewać się szczegółów widzianych z samolotu, który jest dużo wyżej, ale przechodząc całą grę miałam uczucie deja vu. Plansze są do siebie bliźniaczo podobne, wyróżnia je chyba tylko kolor chmur i rozstawienie wysepek. Możliwe, że dzięki temu udało się twórcom dodać tak dużo gameplayu, wszak 1943 do najkrótszych nie należy. Równie powtarzalna jest muzyka, za to dość dobrze oddaje klimat. Kiedy walczymy z wieloma przeciwnikami towarzyszą nam dźwięki przyjemne, takie nawet z lekka infantylne, natomiast gdy zbliżamy się do bossa lub kończy nam się energia, czuć zbliżające się zagrożenie. Co ważne, żaden z kawałków nie jest na tyle irytujący, by przeszkadzał podczas dłuższych posiedzeń z grą, dlatego można całość jednak pochwalić.

1943: Battle of Midway to bardzo ciekawa i wciągająca gra. Choć bywa dość trudna nie zachęca do rzucania padem, ale raczej podejmowania kolejnych prób pozbycia się Japońców. Powiem szczerze, że łatwiej utożsamiać mi się z postaciami w grach niż samolotem (z pewnością ktoś go pilotował, ale niewiele wiadomo na ten temat), jednak i tak uważam ten tytuł za jeden z najlepszych w swoim gatunku. Panowie z Capcom udowodnili, że oprócz gier trudnych potrafią robić równocześnie niezwykle grywalne kąski.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz