Alien vs. Predator

Adaptacje filmowe zawsze były smacznym kąskiem dla producentów gier. Często okazywały się niewypałami, kiedy robiono je naprędce, by skorzystać z popularności samego filmu, niemniej jednak czasem na światło dzienne wypływały produkcje dobre, kto wie czy nie lepsze niż te z wielkiego ekranu. Najciekawiej chyba jednak prezentowały się tytuły czerpiące z konkretnego uniwersum, ale odbiegające konwencją od tego, co mogliśmy oglądać. Takim przykładem może być wydany na SNES-a beat’em up – Alien vs. Predator.

W czasie rozgrywki przyjdzie nam wcielić się w drugiego z tytułowych jegomości. Na drodze Predatora stanie wielu obcych, nie tylko wspomniany bohater filmu. Jak we wszystkich grach tego gatunku, naszym zadaniem jest parcie przed siebie i załatwianie przeciwników, w tym wydaniu hord ufoków. Jeśli ktoś zostanie na planszy, nie ruszymy dalej. Zadanie ułatwiają nam znajdźki, które możemy podnieść, kiedy leżą sobie luzem na ziemi. Trzeba się z tym jednak sprężyć, ponieważ po pewnym czasie znikają.

Czym w takim razie dysponujemy? Możemy zdobyć coś w rodzaju włóczni i ciskać nimi we wrogów, po zabraniu czegoś, co przypomina płytę CD otrzymujemy pseudo kastet i nieco silniejsze ciosy. Z kolei podniesienie przedmiotu wyglądającego jak czaszka sprawi, że przez jakiś czas będziemy niewidzialni dla przeciwników (choć podatni na ich ciosy), zaś aby nie zgubić naszego Predatorka, otrzyma on zielone kontury. Oprócz tych bajerów, nasz główny bohater ma mnóstwo argumentów, by radzić sobie z przeciwnikami. Dysponuje ciosami i kopniakami, które w przypadku idealnego timingu wydają się wystarczające na atakujące zewsząd ksenomorfy. O ten jednak jest dosyć trudno. Nieraz zdarzało mi się, że byłam pewna, iż dobrze przyceluję, ale doskakujący obcy zwykle był szybszy, ewentualnie uderzał mnie w trakcie wyprowadzania ciosu, co momentalnie blokowało atak.

Niewątpliwą zaletą produkcji jest fakt, że cały czas widzimy pasek życia przeciwnika. Bywa że poczwar jest naprawdę sporo, jednak dzięki temu można zaplanować, kogo wyeliminować najpierw. Irytowało mnie natomiast (poza wspomnianym problemem z timingiem) to, że po kilku ciosach obcy wylatywali poza kadr planszy i zdarzało im się od razu atakować z wyskoku, niekoniecznie z tego samego miejsca, w które wpadli. Przez to też najbezpieczniej było znajdować się na środku planszy, co nie zawsze było możliwe przy nawale wrogów. Do tego należy pamiętać, że gra jest stosunkowo krótka a przy tym mocno powtarzalna, bo nawet twardych zawodników załatwiamy w ten sam sposób. Warto jednak podkreślić próbę stworzenia różnorodnych leveli, o czym świadczy choćby etap, w którym nasz Predator jedzie windą, zatrzymuje się na załatwienie wrogów, po czym rusza dalej.

Graficznie, jak na SNES-a, szału nie ma. Cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że wersja z automatów jest identyczna i twórcy nie wysilili się szczególnie, by ją poprawić. Nie oznacza to wcale, by należała jej się tylko krytyka. O ile tła są średnie, ale klimatyczne, tak już postaci obcych prezentują się super. Również nasz protagonista wygląda dobrze i porusza się stosunkowo realistycznie, jeśli w ogóle można mówić o realizmie odnosząc się do takiego uniwersum. Duży plus za cutscenki.

Muzyka z kolei bardzo dobrze nadaje tempa rozgrywce. Aż ma się ochotę na spektakularną rozwałkę! Do tego dochodzą jeszcze całkiem niezłe odgłosy pokonywanych przez nas poczwar. Ciosy, upadki – nawet z zamkniętymi oczami jesteśmy w stanie ocenić, co właśnie dzieje się na ekranie, a to z pewnością dobrze świadczy o twórcach. Do tego należy pochwalić melodie, które występują między levelami, faktycznie czuć taki gigerowski klimat grozy.

Alien vs. Predator nie jest najlepszym beat’em upem, w który grałam, ale to nadal pozycja godna uwagi, nie tylko dla fanów uniwersum. Choć irytuje nieco celowanie w przeciwników, po dłuższym posiedzeniu może wciągnąć, tym bardziej, że rozgrywka nie należy do specjalnie długich. Mocna muzyka nadaje rytm walce, a oglądanie cutscenek stanowi zadośćuczynienie za poznawanie naiwnej i szczątkowej fabuły, o której nie ma co za bardzo nawet wspominać.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz