29 lipca 2021

Aliens

Obcy. Przyszło nam żyć w rzeczywistości, w której już od czterdziestu lat (!) prawdopodobnie nie ma tytułu lepiej kojarzonego z szeroko pojętym sci-fi i horrorem jednocześnie. Na fali pierwszych dwóch filmów powstało nie tylko kilka kinowych kontynuacji, dziesiątki komiksów i książek, ale także cała masa mniej lub bardziej udanych gier, w tym także – wydana w 1990 roku – pierwsza z ostatecznie kilku produkcji arcade.

Aliens fabularnie podąża ścieżką losów Ripley (oraz Hicksa, jako postaci przypisanej drugiemu graczowi) z filmu o tym samym tytule. W poszukiwaniu zagubionej Newt zmierzymy się nie tylko z ksenomorfami znanymi z filmu, ale także z szeregiem nowych stworów, zaprojektowanych specjalnie na potrzeby gry. Niemniej od pierwszej minuty możemy być też pewni, że gdzieś tam, na końcu, czeka na nas Królowa Matka.

Jak to w przypadku gier na automaty, najważniejsze elementy rozgrywki kryją się jednak zupełnie gdzie indziej. Aliens to w przeważającej części strzelanina, jednak miesza ze sobą podgatunki, a czasem wprowadza także pewne elementy bijatyki. Jak w pierwszym z poziomów, gdy pasek życia i widok do złudzenia przypominać może nam klasyczne beat ’em upy, jednak nasza bohaterka będzie operować jedynie bronią palną, od kultowego M56 Smart Gun, przez wyrzutnię rakiet, aż po miotacz ognia. W drugiej planszy zaś, podczas podróży transporterem do kolejnej lokacji w poszukiwaniu Newt, obserwujemy naszą bohaterkę już zza jej pleców, odpowiadając jedynie za jej ruchy na lewo i prawo oraz siłę ognia, uchylając się lub eliminując zbliżających się wrogów, jak w tradycyjnym rail shooterze. Trzecia plansza to przejście do widoku z boku, w którym Ripley jest pozbawiona swobody ruchu w trzecim wymiarze, ale za to może kierować ogień pod różnymi kierunkami. Podobne zmiany widoku następują w grze jeszcze niejednokrotnie, powodując, że rozgrywka zmienia nie tylko swój charakter ale i tempo.

Oprawa audiowizualna Aliens nie wybija się ponad standardy swoich czasów, niemniej prezentuje się dosyć spójnie. Proste grafiki uzupełniają ciężkie, ale rytmiczne, brzmienia mające potęgować poczucie kosmicznego terroru i wartkiej akcji. Poziom trudności jest relatywnie wysoki, ale na sposób dosyć charakterystyczny dla większości gier z początku lat 90. Przeciwnicy potrafią nacierać nagle, w dużych ilościach i ze wszystkich stron, co sprawia, że wyuczenie się schematów w każdej z plansz (a już zwłaszcza tych z widokiem zza pleców Ripley) staje się obowiązkiem, jeśli tylko chcemy docierać dalej i dalej przy okazji kolejnych rozgrywek.

Podsumowując, być może Aliens nie błyszczy pod żadnym ze względów, a nawet może razić swoją niewyszukaną prostotą i trącić wręcz jeszcze latami 80., ale ostatecznie jest całkiem solidną pozycją od Konami, mającą też wyraźnie pewne punkty styczne z późniejszymi odsłonami serii Contra. I przy okazji, pozycją wystarczająco udaną, by zaliczać się do zdecydowanie najlepszych gier w uniwersum Obcych tamtych czasów, bez względu na platformę. Prawdopodobnie aż do czasu legendarnego Alien vs. Predator, wydanego kilka lat później, też zresztą na maszyny arcade.

Jazzwhisky

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *