Aliens

Obcy. Przyszło nam żyć w rzeczywistości, w której już od czterdziestu lat (!) prawdopodobnie nie ma tytułu lepiej kojarzonego z szeroko pojętym sci-fi i horrorem jednocześnie. Na fali pierwszych dwóch filmów powstało nie tylko kilka kinowych kontynuacji, dziesiątki komiksów i książek, ale także cała masa mniej lub bardziej udanych gier, w tym także – wydana w 1990 roku – pierwsza z ostatecznie kilku produkcji arcade.

Aliens fabularnie podąża ścieżką losów Ripley (oraz Hicksa, jako postaci przypisanej drugiemu graczowi) z filmu o tym samym tytule. W poszukiwaniu zagubionej Newt zmierzymy się nie tylko z ksenomorfami znanymi z filmu, ale także z szeregiem nowych stworów, zaprojektowanych specjalnie na potrzeby gry. Niemniej od pierwszej minuty możemy być też pewni, że gdzieś tam, na końcu, czeka na nas Królowa Matka.

Jak to w przypadku gier na automaty, najważniejsze elementy rozgrywki kryją się jednak zupełnie gdzie indziej. Aliens to w przeważającej części strzelanina, jednak miesza ze sobą podgatunki, a czasem wprowadza także pewne elementy bijatyki. Jak w pierwszym z poziomów, gdy pasek życia i widok do złudzenia przypominać może nam klasyczne beat ’em upy, jednak nasza bohaterka będzie operować jedynie bronią palną, od kultowego M56 Smart Gun, przez wyrzutnię rakiet, aż po miotacz ognia. W drugiej planszy zaś, podczas podróży transporterem do kolejnej lokacji w poszukiwaniu Newt, obserwujemy naszą bohaterkę już zza jej pleców, odpowiadając jedynie za jej ruchy na lewo i prawo oraz siłę ognia, uchylając się lub eliminując zbliżających się wrogów, jak w tradycyjnym rail shooterze. Trzecia plansza to przejście do widoku z boku, w którym Ripley jest pozbawiona swobody ruchu w trzecim wymiarze, ale za to może kierować ogień pod różnymi kierunkami. Podobne zmiany widoku następują w grze jeszcze niejednokrotnie, powodując, że rozgrywka zmienia nie tylko swój charakter ale i tempo.

Oprawa audiowizualna Aliens nie wybija się ponad standardy swoich czasów, niemniej prezentuje się dosyć spójnie. Proste grafiki uzupełniają ciężkie, ale rytmiczne, brzmienia mające potęgować poczucie kosmicznego terroru i wartkiej akcji. Poziom trudności jest relatywnie wysoki, ale na sposób dosyć charakterystyczny dla większości gier z początku lat 90. Przeciwnicy potrafią nacierać nagle, w dużych ilościach i ze wszystkich stron, co sprawia, że wyuczenie się schematów w każdej z plansz (a już zwłaszcza tych z widokiem zza pleców Ripley) staje się obowiązkiem, jeśli tylko chcemy docierać dalej i dalej przy okazji kolejnych rozgrywek.

Podsumowując, być może Aliens nie błyszczy pod żadnym ze względów, a nawet może razić swoją niewyszukaną prostotą i trącić wręcz jeszcze latami 80., ale ostatecznie jest całkiem solidną pozycją od Konami, mającą też wyraźnie pewne punkty styczne z późniejszymi odsłonami serii Contra. I przy okazji, pozycją wystarczająco udaną, by zaliczać się do zdecydowanie najlepszych gier w uniwersum Obcych tamtych czasów, bez względu na platformę. Prawdopodobnie aż do czasu legendarnego Alien vs. Predator, wydanego kilka lat później, też zresztą na maszyny arcade.

Jazzwhisky

Dodaj komentarz