Astonishia Story

Kiedy myślimy o grach jRPG z prawdziwego zdarzenia, pierwszym skojarzeniem są dwie duże firmy, które z czasem połączyły się w jedną – Square oraz Enix. Zasadniczo to potentat jeśli chodzi o wspomniany gatunek, coś tam czasem próbuje Namco ze swoją serią Tales of, czy Capcom z Breath of Fire, ale tak naprawdę mało kto się do nich zbliża. W ten swoisty triumwirat postanowił wkroczyć nie kto inny jak Ubisoft, kojarzący się przede wszystkim ze swoimi flagowymi seriami, z przygodami asasynów na czele. Tymczasem twórcy z Montrealu wzięli się za remake gry Astonishia Story R, wydanej na PSP pod tytułem Astonishia Story i trzeba przyznać, że wyszło im coś całkiem niezłego.

Mówiąc dokładniej, gra powstała w Korei za sprawą Sonnari, jednak Ubisoft postanowił ją wydać. Prezentuje ona losy młodego rycerza, Lloyda. Poznajemy go, kiedy nieco zasypia na najważniejsze wydarzenie, którego ma być uczestnikiem – oficjalną eskortę najważniejszego artefaktu ever, Wand of Kinan. Okazuje się jednak, że na królewską świtę zostaje zastawiona pułapka, cenny przedmiot skradziono, zaś nasz protagonista, jako jedyny, który przeżył, zamierza go odzyskać. Wówczas też poznajemy pierwszego złego, który łoi tyłek Lloydowi zapowiadając, że jeszcze kiedyś się spotkają. W tle pojawiają się problemy społeczne elfów, w tym oklepanego niesamowicie Drzewa Życia. Jak widać, fabuła nie jest specjalnie oryginalna, ale mimo to gra się na tyle przyjemnie, że bzdurny powód ruszenia w podróż w żaden sposób nie odrzuca.

Na pewno na plus należy zaliczyć postaci. Każda z nich, gdyż oprócz Lloyda pojawi się jeszcze kilka, wnosi coś do poznawanej historii i staje się ciekawym kompanem, wspierającym nas w bojach. Moją ulubioną była zdecydowanie najważniejsza dziewoja w grze, czyli Ylenne. Jak na dość lekkiego RPG-a, jej osoba wydaje się wyjątkowo głęboko przedstawiona pod względem psychologicznym. Jeżeli jednak chodzi o walkę, najlepiej sterowało mi się Akrą. Może ataki rapierem nie były zbyt mocne, ale jej magia okazywała się często ogromnie użyteczna.

Nieźle prezentuje się system walki. Przypomina nieco ten ze strategii turowych, ale jest bardziej dynamiczny. Na początku widzimy zakres ruchów naszej postaci (małe kwadraciki), po zajęciu odpowiedniej pozycji możemy zaatakować przeciwnika lub skorzystać z jakiegoś przedmiotu z ekwipunku. Po zaatakowaniu lub otrzymaniu ciosu ukazuje się wskaźnik punktów życia. Każda potyczka kończy się ciekawą tabelką z podsumowaniem, otrzymanymi gratami oraz czymś w rodzaju MVP pojedynku – informacją, kto najlepiej wojował.

Większość postaci, oprócz umiejętności podstawowych (ataku, magii), posiada także specjalne skille. Odsłaniają się one wraz z rozwojem naszych herosów. Może to być silniejszy cios lub jakaś zupełnie inna, lecz równie przydatna zdolność. Nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że najwięcej technik przeznaczonych zostało dla Lloyda, ponieważ to główny bohater i tak naprawdę właśnie jego będziemy najczęściej eksploatować. O grindowanie nie jest trudno. Wystarczy wyjść na mapę świata, przeciwnicy są od razu widoczni. Jeśli jednak wrócimy do miasta lub wioski i ponownie wyjdziemy „do świata”, respawnują się, dlatego można czesać punkty doświadczenia bez większego wysiłku. Wśród przeciwników pojawiać się będą ludzie, zwierzęta i całkowicie oryginalny bestiariusz. Nieco ciężej sytuacja wygląda w dungeonach – tam pojawiać się będą także bossowie, zaś przeciwnicy nie są jasno widoczni jak na powierzchni.

Gra wygląda bardzo ładnie, choć trochę archaicznie, szczególnie jak się ją porówna z innymi pixelartowymi grami na PSP lub nawet konwersjami z PSX-a. Najbardziej podobały mi się zamknięte lokacje. Mapa świata jest może trochę zbyt ogólna – do tego Lloyd wygląda na niej jak olbrzym, ale poza tym bardzo podobały mi się dokładność w miastach, sporo postaci, które jednak się od siebie różnią, czego dowodem prócz wyglądu jest choćby imię/określenie każdej z nich i animowane twarze naszych bohaterów w czasie ważnych dialogów. Walki też wyglądają dobrze, są czytelne, nieźle prezentują się ataki orężem.

Nieco irytujący jest fakt, że praktycznie z każdym człowiekiem napotkanym w mieście lub wsi musimy porozmawiać. Czasem to jedyny sposób na popchnięcie jakiegoś wątku. Co prawda ma to też funkcję użyteczną, gdyż nieraz dzięki temu dowiemy się czegoś o ukrytych skarbach, niemniej raczej sprawia wrażenie przykrego, nieco na siłę dodanego obowiązku. Z drugiej strony pokazuje to dbałość twórców nie tylko o ważne grywalne postaci, ale zwykłych NPCów, których choćby epizodyczna obecność również coś oznacza.

Na pewno ogromną zaletą produkcji jest muzyka. Już od początku można odnieść wrażenie, że będzie świetnie akompaniować rozgrywce: od pięknego intro w stylu anime, przez pierwsze grywalne partie po walki z wielkimi tuzami. Dźwięki zdają się reagować na to, co dzieje się na ekranie. Kiedy intryga staje się nieco bliższa graczowi, nie tylko to widać, ale i słychać. Sympatyczne jest także to, że jeżeli jakiś kawałek nam nie odpowiada (pomijając cutscenki), możemy go najzwyczajniej w świecie wyciszyć w podręcznym menu, po czym z powrotem pogłośnić, gdy wleci lubiany utwór.

Część RPG-ów to gry słynące z ogromnej powagi związanej z sytuacją świata, który z reguły jest zagrożony. Druga grupa z kolei to raczej zabawne przygody, gdzie powaga miesza się ze śmiechem i wzruszeniem. To właśnie w tej kategorii należałoby umieścić Astonishia Story. Sam nasz bohater dopiero kształci się na rycerza z prawdziwego zdarzenia, po drodze trafimy m.in. na zabawną aluzję do zabezpieczeń antypirackich, kiedy to należało w instrukcji dołączonej do gry szukać informacji, aby móc dalej cieszyć się rozgrywką. Masa dialogów też podszyta jest humorem, co pozwala łatwiej zbliżyć się do bohaterów.

Z pewnością Astonishia Story jest jednym z klejnotów w bibliotece PSP. O ile fabuła jakoś szczególnie nie przyciąga (choć zwroty akcji się w niej pojawiają), sama rozgrywka, a przede wszystkim postaci zachęcają do tego, by odzyskać skradziony artefakt. Kawał rozrywki na sporo godzin, grindowanie postaci jest przyjemne a do tego tytuł nieźle wygląda i brzmi. System nie jest skomplikowany i nie pojawia nam się milion statystyk, więc próg wejścia raczej niski. Nic tylko grać!

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz