Breath of Fire

Jeżeli Square trzyma nad czymś pieczę, a na dodatek tym czymś jest jRPG, musi to być hit. Co prawda w przypadku omawianego tytułu to Capcom odpowiada za całość, zaś gigant z Japonii jest tylko wydawcą, i tak grze należą się słowa uznania. Szkoda, że seria nie zyskała aż takiej popularności, na jaką zasługiwała, szczególnie że miała szansę na to, by ciągnąć się w nieskończoność, jak inne tego typu tasiemce. Pierwsza odsłona Breath of Fire rozpoczęła przygody smoko-ludzi z przytupem i okazała się świetnym fundamentem pod pozostałe części.

Gra rozpoczyna się mocnym uderzeniem. Jeśli kojarzycie słynny trailer Cyberpunka 2077, kojarzycie też scenę z Keanu i jego tekstem „Wake up samurai!”. Tutaj podobnie obudzony zostaje nasz główny bohater (w domyśle Ryu, jednak imię możemy wybrać sami, będzie ono tylko tragicznie krótkie, bo maksymalnie czteroznakowe). Okazuje się, że stajemy się uczestnikami czegoś w rodzaju wojny klanów. Wszystko zapoczątkowane zostało przez kobietę, która jako bogini podzieliła smoki na Jasne i Mroczne. W ogóle smoki w grze nie są takie, jakimi je znamy z baśni. To najczęściej ludzie, którzy mają umiejętność zamienić się w nie w odpowiednim momencie.

Bardzo szybko przejmujemy kontrolę nad naszym Ryu. Wioska jest spustoszona przez zły klan, zaś bohater wyrusza, aby wszystko w miarę możliwości naprawić. W miarę naszych możliwości, należy dodać. Dla jasności, my jesteśmy, nomen omen, Jasnymi Smokami. Kiedy tylko kończy się trwające stosunkowo długo intro, warto wypróbować nasze możliwości i eksplorować wioskę. Na pierwszy rzut menu, całkiem poręczne, w skład którego wchodzą nasz ekwipunek, posiadane przedmioty, status postaci i standardowe dla gier RPG opcje, gdzie możemy zmienić prędkość napisów i inne tego typu duperele. Najważniejsze, że wszystko jest praktyczne i na dodatek pod ręką – możemy konkretne pozycje z menu podpisać pod klawisze, żeby szybciej się do nich dostać.

Walki wyglądają podobnie, jak w innych grach z tego gatunku, najmocniej chyba w Dragon Quest. Pomijając charakterystyczne dla serii slime`y, ruszamy jak w szachach i innych grach, gdzie robi się to na zmianę. Dużo daje poświęcenie czasu na grind. O ile małe potworki z okolic spustoszonej wioski załatwimy bez problemu, tak już nawet nasza pierwsza wizyta w zamku może nas niezbyt radośnie zaskoczyć. W czasie potyczek możemy atakować, bronić się, korzystać z przedmiotów, w razie kłopotów da się i zwiać. Im trudniejszego rywala ubijemy, tym bardziej przełoży nam się to na punkty doświadczenia i zapewni szybsze awanse. Generalnie starcia są bardzo dynamiczne, a ich menu czytelne. Trzeba też wspomnieć, że pojawić się może zarzut taki jak w Suikodenie – miejscami walki czekają nas dosłownie co kilka kroków, co może irytować, zwłaszcza na etapach, kiedy przeciwnicy są mocni.

Graficznie całość wygląda świetnie. Do Chrono Triggera co prawda trochę brakuje, ale i tak twórcom należą się słowa uznania. Ujmowali mnie niektórzy sprzedawcy wysyłający serduszka do swoich klientów, w ogóle postaci i cutscenki są świetnie zrealizowane. Walki dają radę. To, do czego można się przyczepić to twarz naszego „bezimiennego Ryu”, który wygląda nie jak człeko-smok, ale jakaś dziwna forma wampira, czy inna nieudana przeróbka postaci z Castlevanii. Mapa świata jak to w RPG-ach, jest dziwnie mała przy naszym bohaterze, jednak to kolejna umowność wpisana w gatunek, która też wygląda ok. Miejscowości jest sporo, będzie mnóstwo oglądania.

Muzycznie także prezentuje się nieźle. Chyba żaden z utworów nie zapadł mi mocno w pamięć, jednak dźwięki towarzyszące rozgrywce dobrze się z nią komponowały. Warto zwrócić uwagę, że to jedna z pierwszych gier do których muzykę komponowała także Yoko Shimomura, jedna z najważniejszych kompozytorek w branży. Czuć różnicę tempa w czasie starcia, ważnej walki i spokojnej eksploracji. Jak wiadomo, immersja wówczas wzrasta. Jakiekolwiek odgłosy potyczek również sprawdzają się dobrze.

Niewątpliwie Breath of Fire jest grą wartą uwagi. Ciekawa fabuła, wciągające misje, niesztampowe postaci. Jest co oglądać i jest czego słuchać. Nic dziwnego, że po części pierwszej powstało jeszcze kilka przygód z cyklu Oddechu Ognia. Tam także głównie króluje Ryu, który jest postacią na tyle pozytywną, że angażujemy się w jego losy. Prosta walka, nastawienie na grind, uczciwa AI. To wszystko sprawia, że po dłuższym czasie i przeklinaniu cutscenek ciężko się od tytułu oderwać.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz