Captain Skyhawk

Jeśli nie macie jeszcze dość czytania o kosmicznych strzelankach wydanych na NES-a, zapraszam do kolejnej. Tym razem prezentuję dziecko Rare (tak, tego właśnie Rare, słynącego z hardkorowego poziomu trudności) wydane w 1990 r. w Stanach i cztery lata później w Europie. Z racji faktu, iż sporo gier o podobnej tematyce wyszło na konsolę Nintendo, twórcy musieli sięgnąć po rozwiązania, które będą choć trochę nowatorskie, aby ich tytuł posiadał jakiś wyróżnik. Rzeczywiście, udało się zaimplementować wiele ciekawych opcji, ale jak sprawdza się to w całości, dowiecie się niżej.

Żeby nie było, na pewno żadną nowością nie jest fabuła. Mamy załatwić obcych, którzy oblegają konkretne miejsce we wszechświecie. Pobierają energię z naszej Ziemi, mają na niej swoje bazy. Zadaniem gracza, jako pilota statku, jest pozbycie się wszystkiego, co zielone z powierzchni naszego globu. Rare oferuje nam kilka leveli, z czego spora część z nich podzielona jest na pomniejsze misje, coś w rodzaju mini questów do wykonania.

Sama rozgrywka różni się w zależności od fazy misji. Na początek mamy plansze w stylu lekkiego 3D. Sporo tam przedmiotów przywodzących na myśl pracownię matematyczną, pełną siatek i figur geometrycznych. Musimy unikać wystających krawędzi oraz wszelkich strzelających do nas ustrojstw. Z czasem dolatujemy do końca i niszczymy bazę ufoków. Następnie czeka nas rozgrywka w stylu znanego ze składanki z Contrą i innymi „miliard in 1” Sky Destoyer. Widzimy niejako tył naszego statku, a przed sobą celowniczek, dzięki któremu uderzamy we wrogie samoloty. Kiedy już uda nam się załatwić wrogie sprzęty, czeka nas z pozoru najprostsze zadanie, które niesamowicie mnie irytowało. Otóż musimy wlecieć naszym samolotem do bazy. Tyle tylko, że wlot się kręci, więc trzeba się trochę postarać, by idealnie trafić. Serio, już walka z przeciwnikami mniej mnie deprymowała. Kiedy jednak nam się uda, wyruszamy na shopping i ulepszamy nasze cacko.

Na minus muszę niestety dodać także te początkowe, matematyczne levele. Przez pewien czas nie byłam w stanie oceniać, czy wystający kolec mnie sięgnie, czy jednak nie. Podobnie „ściany” – trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy dojdzie do kolizji, a kiedy jednak ulatujemy bokiem. Z czasem robi się to w sposób intuicyjny, ale początki, szczególnie że tempo jest mocne, są trudne.

Grafika prezentuje się nieźle. Odprawy przed misjami wykonano z dużą pieczołowitością, nie czuć charakterystycznej dla wielu NES-owych tytułów bylejakości. Kształty leveli ostro dynamizują akcje. Zdecydowanie należy pochwalić także amunicję naszą i wrogów. Nie są to zwykłe kuleczki, jakie znamy z masy tytułów, ale rzeczywiście niemal każdy przeciwnik (helikopterek, jakieś ustrojstwa wyrastające z ziemi) ma swój własny strzał (prawie jak w Goal 3). Z kolei muzyka na minus. Jest jej mało i nie przekonuje, a dźwięki strzałów odbierają im powagę.

Na pewno należy docenić, że Captain Skyhawk szuka nowych rozwiązań. Po dłuższej chwili ma się wrażenie, że działamy w podobnym uniwersum do kultowego Battletoads, a to już spora zaleta. Jednakże, jak na Rare przystało, gra jest momentami zbyt szybka, co utrudnia rozgrywkę, nie mówiąc już o wlatywaniu do wspomnianej bazy. Patrząc na cały gatunek i jego przedstawicieli, na NES-ie znajdziemy sporo ciekawszych tytułów, jednak warto spróbować i samemu przekonać się o słuszności tej opinii.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz