Castlevania III: Dracula’s Curse

Na NES-ie pojawiły się trzy części kultowej Castlevanii. O ile najwięcej wspólnego ze sobą (rodzina głównego bohatera i niechęć do wampirów) mają jedynka i trójka, tak każda oferuje coś na tyle różnorodnego, by uznać ją za tytuł dobry, ale i oryginalny. Zresztą, na wielu większych konsolach również powstały ich kontynuacje, które nabyć można w dość wygórowanej cenie. Konami Klątwę Drakuli wydało w 1990 roku w Stanach Zjednoczonych, a rok wcześniej w Japonii, więc wcale nie u schyłku żywota maszynki. Choć w przypadku konsoli Nintendo zamknęli się w trylogii, ostatnia część stanowi godne zamknięcie serii.

Standardowo wcielamy się w Belmonta, tym razem Trevora. Fabułę serwuje nam intro z czymś w rodzaju starej klatki filmowej. W XV w. Drakula zaczął niszczyć Europę. W związku z tym, dość sceptycznie nastawiony do Belmontów Kościół postanowił prosić jego przedstawiciela o pomoc w walce ze złem. Trevor się na to godzi, bierze bicz w dłoń i rusza po raz kolejny w świat. Choć akcja rozgrywa się w średniowieczu, warto zauważyć, że wiele leveli stylistyką nawiązuje raczej do futurystycznych klimatów (choć w sumie, kto wie, nikt wtedy zdjęć nie robił, może historycy czegoś nie opisali). W ogóle miejscówki są dużo bardziej zróżnicowane, niż te znane z poprzednich części gry. Poruszać się będziemy nie tylko wśród ruin i kościołów, ale też przyjdzie nam eksplorować choćby statek.

Nasza przygoda jest stosunkowo linearna, jednak oferuje kilka zakończeń, w tym jedno nawet z lekka romantyczne. Wynika to z tego, że tym razem mamy możliwość gry nie tylko Belmontem, ale i trzema innymi postaciami. Jest to jak najbardziej opcjonalny bajer, bo chociaż nasi bohaterowie posiadają bardzo praktyczne cechy, równie dobrze można z nich nie korzystać. Sypha jest mistrzynią magii, Grant potrafi wspinać się po ścianach oraz zmieniać kierunek podczas skoku, zaś Alucard puszcza fireballe i może zmienić się w nietoperza. Sama najczęściej korzystałam z pomocy Alucarda, jednak każdy gracz z pewnością dobierze sobie partnera w zależności od stylu rozgrywki, jaki preferuje. Oczywiście, cała ta radosna ekipa nie jest dostępna od początku. Odblokowujemy postaci wraz z rozwojem akcji. To jest właśnie element, który wspomnianą linearność urozmaica, gdyż w niektórych miejscach możemy pójść jedną z dwóch dróg i to od nas zależy, czy wybierzemy tę z nową postacią, czy samotną podróż.

W czasie gry łapiemy różne wspomagacze. Rozbijając świeczniki i tym podobne, otrzymujemy z nich określone dobra. Najczęściej będą to serduszka, które złożą się na punkty do wykorzystania specjalnych broni. Może to być choćby woda święcona, krzyż latający jak bumerang (?), czy choćby coś na wzór shurikena. Zdarzają się także elementy, które działają natychmiastowo. Symbol przypominający krzyż i książeczkę sprawi, że wszyscy przeciwnicy na ekranie zginą.

Na naszej drodze staje podobny bestiariusz jak w poprzednich częściach. Znów trafiają nam się głowy meduz, szkielety w różnych konfiguracjach i z ciekawymi broniami, kruki, duchy, bezgłowi piraci. Do tego cała plejada bossów i subbossów, w tym mumie i cyklop z wielkim młotem, przy czym na mnie największe wrażenie zrobił Frankenstein. W samych levelach pojawia się dużo więcej elementów zręcznościowych. Spychające nas latające istoty i blokowanie się na schodach to oczywiście klasyka gatunku, jednak często przyjdzie nam dostać się gdzieś po opadających platformach lub kołyszących się miejscach, z których łatwo spaść. Konami jak zwykle dało czadu.

Pod względem graficznym twórcy zaszaleli mocno. Gra jest piękna, ogromne wrażenie robią witraże czy ruiny. Bossowie są bardzo szczegółowo przedstawieni, po naszym Belmoncie widać, że jest spokrewniony z resztą rodzinki. Im bardziej ulepszony jest nasz bat, tym efektowniej zadaje rany. Na płynność leveli wpłynęło także pojawienie się drzwi. Kiedy je otwieramy, powoli ładuje się reszta sceny, dzięki czemu nie musi się całkiem zamieniać plansza. Muzycznie też prezentuje się spoko, choć mam wrażenie, że najsłabiej z trylogii. Nadal jest to jednak wysoki poziom.

Niewątpliwie trzecia część Castlevanii znacząco urozmaica i ulepsza to, co znaliśmy do tej pory. Przede wszystkim wraca do formuły znanej z jedynki, ulepszając ją o nowych bohaterów i jeszcze ciekawszą historię. Oczywiście nie ustrzegła się też starych błędów, czego dowodem jest niemożność strzelenia z bicza na schodach. Cała trylogia zasługuje na ogromną uwagę graczy, część ostatnia zdecydowanie najbardziej.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz