Chrono Trigger

Problem z remake’ami (lub portami) polega na tym, że gracze oczekują jednocześnie starej i nowej gry. „Paradoks odświeżenia”, że też pozwolę sobie ukuć takie określenie, jest wypadkową przywiązania do danego tytułu i oczekiwań związanych z jego ulepszeniem. Trudne zadanie znalezienia równowagi pomiędzy nowym i starym z pewnością udało się w przypadku remake’u jednego z najlepszych (i mojego ulubionego) tytułów w historii gier wideo – Chrono Triggera.

CT to historia zwykłego chłopaka ze zwykłego miasteczka, miłośnika azjatyckich mieczy. W wyniku nieoczekiwanego zbiegu okoliczności Crono, bo tak zwie się nasz bohater-niemowa, wplątuje się w jedną z najbardziej epickich prób uratowania ludzkości – podróże w czasie. Wraz z grupą przyjaciół (większość pochodzi z różnych okresów historycznych) będzie musiał znaleźć sposób na pokonanie Lavosa – ogromnego pasożyta, który wysysa energię Ziemi od zarania dziejów. W międzyczasie drużyna odwiedzi prehistoryczne czasy dinozaurów, antyczną epokę lodowcową, pełne mrocznych zamczysk średniowiecze, potworną wioskę ukrytą gdzieś w erze współczesnej, niedaleką przyszłość, w której objawia się Lavos oraz postapokaliptyczną daleką przyszłość rządzoną przez mutanty i roboty.

Nawet pobieżny rzut oka na grafikę sprawi, że skojarzenia z Dragon Ballem nasuną się same. I nic dziwnego, za projekt postaci oraz części lokacji odpowiada ten sam twórca – Akira Toriyama. To on uratował produkcję, którą studio w pewnym momencie chciało zarzucić. Zebrał do kupy rozbity skład i wlał w niego nową energię – łatwo sprawdzić, z jak znakomitym rezultatem.

Chrono Trigger jest doskonały praktycznie pod każdym względem. Choć ma już ponad dwadzieścia lat, stworzona na jego potrzeby pixelartowa grafika nie zestarzała się nawet o miesiąc. Przepiękne tła i lokacje w niczym nie ustępują w pełni animowanym przeciwnikom i całej masie dodatkowych sprite’ów, wykorzystanych do jeszcze większego uplastycznienia występujących w grze postaci. Graficy postarali się także w przypadku mapy (a raczej – map) świata – ten newralgiczny element, wykonany po macoszemu i odstręczający w wielu innych produkcjach, tutaj został potraktowany z odpowiednią powagą. Ostatecznie na mapie świata będziemy spędzać dużo czasu, dobrze więc, że jest miła dla oka.

Gdyby tego było mało, Yasunori Mitsuda oraz Nobuo Uematsu stworzyli najlepszy soundtrack w historii gier RPG. Najróżniejsze style, tempa i nastroje, a także zapadające w ucho legendarne melodie, do dzisiaj rozbudzają wyobraźnię muzyków i słuchaczy. Wciąż wydawane są kolejne albumy z interpretacjami kompozycji wykorzystanych w grze (pełna lista tutaj). Co więcej, Crono i spółka mają także swoich fanów wśród wielbicieli muzyki klasycznej i gry na gitarze, o czym świadczy rozbudowany zbiór tabulatur dostępny pod tym adresem. Nie wspominając już o tym, że melodie skomponowane przez japońskich mistrzów grało wiele orkiestr z całego świata.

Sama oprawa audiowizualna nie sprawiła, że gra na stałe zagościła w sercach graczy na całym świecie. Swoją (poważną) cegiełkę dorzucili także programiści, którzy stworzyli niesamowicie wyważony i różnorodny system walki. W CT bardzo rzadko potyczkę wygramy wciskając bezmyślnie atak – prawie każdy spotkany potwór ma swój charakterystyczny sposób działania, odporności, mocne i słabe strony oraz dedykowane tylko jemu techniki. Bohaterowie także cechują się różnorodnością, zarówno w kwestii statystyk, jak i posiadanych umiejętności. Chrono Trigger to zapewne jedna z pierwszych gier jRPG, która tak znakomicie korzystała z pomysłu łączenia technik (postacie, zamiast atakować pojedynczo, mogą wykonywać podwójne, a nawet potrójne kombinacje czarów).

Wszystko to sprawia, że produkcja Square Softu (obecnie Square Enix) stała się murowanym kandydatem do tytułu „JRPG wszech czasów”. Przede wszystkim znakomicie wykorzystano ideę podróży w czasie – cała masa questów polega na tym, by przemieszczając się pomiędzy epokami tworzyć łańcuchy zdarzeń, które doprowadzą do korzystnych dla nas efektów. Nawet z pozoru błaha rozmowa w starożytności może sprawić, że w miejscu, gdzie na początku gry była pustynia, wyrośnie las – ten rodzaj wewnętrznych zależności sprawia, że Chrono Trigger nie ma sobie równych. Oczywiście, przy takiej skali produkcji nie obyło się bez drobnych wpadek i niekonsekwencji, ale są to rzeczy, które zauważa się dopiero po bardzo głębokim wejściu w mechanikę świata CT.

Port (bo trudno tu mówić o remake’u) na NDS-a prezentuje się lepiej, niż przypuszczałem. Twórcy odświeżyli nieco grafikę oraz dodali masę większych i mniejszych słodkości, które wydłużają czas gry. Przede wszystkim pojawiły się dwie nowe lokacje (Lost Sanctum – zagubiona wioska gadów oraz Dimensional Vortex, w którym walczymy ze swoimi sobowtórami) wraz z przypisanymi im questami. Dodatkowo z poziomu menu możemy dostać się do Areny – miejsca, w którym trenujemy własnego potwora, by wystawić go następnie do walki z innymi (jeszcze tego do końca nie rozpracowałem). Nowe przedmioty i przeciwnicy są raczej oczywistością.

Nigdy nie ukrywałem, że Chrono Trigger jest moją grą wszech czasów. Fascynująca historia połączona z kapitalną oprawą audiowizualną oraz przemyślanym i rozbudowanym systemem walki, mimo upływu lat wciąż trzyma wysoki poziom. CT jest zbiorem powodów, dla których całe rzesze graczy pokochały jRPG (bez znaczenia, czy mówimy o Final Fantasy, Legend of Mana czy setkach innych produkcji) i do dzisiaj wracają do klasycznych tytułów takich jak ten. Choć mięło już kilka ładnych lat od portu na Nintendo Dual Screen, wciąż po cichu liczę na to, że Square wyda porządną kontynuację.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz