Chubby Cherub

Grając w gry od ponad 20 lat, widziałam już wiele. Różnorodność i swego rodzaju dziwność towarzyszyła samemu pomysłowi na rozgrywkę, postaciom lub innym elementom w wielu produkcjach. Mimo to z jakimś takim zaskoczeniem podeszłam do Chubby Cherub, NES-owej gry od Bandai wydanej w 1986 r., w której wcielamy się w kupidyna latającego po planszy, jedzącego owoce i słodycze oraz atakującego lokalne psy.

Co skłania naszego „amorka” do podróży? Jego przyjaciele zostali porwani, zaś on postanowił ich odnaleźć. Każda z plansz zawiera jednego kompana. Lecąc, by go ocalić, musimy pamiętać o ważnych kwestiach. Należy spożywać jedzonko, które mamy na trasie, aby nie stracić energii do poruszania się, strzelać do psów (w przeciwnym razie ich szczeknięcie może nas załatwić), zaś na końcu etapu, gdy docieramy do swoistego wieżowca, otwieramy okna – musimy odnaleźć nasze zguby i nie dać się zaatakować kundelkom.

Choć pomysł jest dziwny, gra się całkiem przyjemnie. Owszem, czasem jakiś psiak zaszczeka w niespodziewanym kierunku i musimy startować od nowa, niemniej gra nie daje nam tyle powodów do frustracji, co wiele innych na tę konsolkę. Wiadomo, trudność polega na lawirowaniu między przeszkodami i zbieraniu jedzenia, bo wydaje się, że bez elementu czasowego gra nie byłaby w zasadzie żadnym wyzwaniem. Co ważne, zupełny upływ czasu nie odbiera nam życia, ale możliwość latania. Jest to niesamowicie uciążliwe, ponieważ jak już padło, psów jest na pęczki, zwłaszcza na niższych kondygnacjach, a z góry często atakują nas ptaki. Jednakże, im dłużej się gra w Chubby Cherub, tym bardziej wciąga.

Tym, co jednak zwraca uwagę na minus, jest niestety mała różnorodność. Po prawdzie rozgrywka stale jest taka sama, jedzonka sporo, dlatego po pewnym czasie pojawi się znużenie. Wspomniane już tutaj psiaki również potrafią zaskoczyć negatywnie. Czasem szczekają i bez trudu omijamy ich atak, innym razem prawie z tego nie korzystają, by właściwie trafić nas w plecy (psy nie rozumieją idei fair play i nawalają w odwróconego plecami przeciwnika). Jedynym nieco nietypowym rozwiązaniem są levele mające być czymś w rodzaju Piekła, gdzie niezbyt wiele widzimy (przypomina mocno labirynty w Dragon Queście).

Graficznie prezentuje się to średnio. Fajne wrażenie robi nasz bohater, zwłaszcza wtedy, kiedy zostaje trafiony – ewidentnie zmienia się mu wyraz twarzy, co obserwujemy w czasie jego spadania w dół. Zwierzaki też prezentują się nieźle. Mam jednak wrażenie, że kolorystyka jest mało zróżnicowana i w wielu miejscach uproszczona, na co może nie zwraca się dużej uwagi, szukając posiłku i unikając zagrożenia. Muzyka bardzo na minus. Kiedy próbuję usprawiedliwiać śmieszne dźwięki gier tym, że powstały w latach 80., przypominam sobie chociażby soundtrack z pierwszego Mega Mana, który sporo późniejszych produkcji wciąga nosem. Tutaj mamy do czynienia z melodyjkami kojarzonymi z niewielkimi produkcjami znajdującymi się na składankach pierdyliard in 1.

Chubby Cherub ma nietypowy pomysł na rozgrywkę, ale mimo wszystko niewystarczający, by na dłużej przykuć do pada. Wydaje mi się, że to raczej gra na raz, która może frustrować nawet pewnym permadeathem, jeśli będziemy zbyt często zbliżać się do wroga. Owszem, w tekście wymieniłam sporo plusów, jednak regrywalność w istocie jest dosyć niska. Na plus sterowanie, które działa na naszą korzyść, jednak chyba można było wykrzesać z produkcji więcej. Jak ktoś jest fanem skrzydlatych dzieciaków niech lepiej sięgnie po Kid Icarus.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz