Defender of the Crown

Popularnym motywem w grach jest wcielanie się w postać, od której zależą losy świata. Jak się okazuje, gracze uwielbiają to, inaczej patent nie sprawdzałby się tak często i najzwyczajniej w świecie hajs twórcom by się nie zgadzał. Jednakże czasem nie musimy dbać o cały glob, a jedynie o nasze własne podwórko, co wcale nie oznacza łatwiejszej przeprawy. Przykładem takiej produkcji jest wydany przez Cinemaware na wielu platformach, ale recenzowany w wersji na NES-a, Defender of the Crown.

Twórcy powstałej w 1989 roku gry przenoszą nas do średniowiecznej Anglii. Król Anglosasów zostaje zamordowany, a my wcielamy się w jego następcę. Do wyboru mamy trzy postaci (każdej odpowiada inny poziom trudności), zaś sama rozgrywka to nic innego jak strategia turowa. Mamy określoną liczbę pieniędzy, które możemy wydać na armię, prowadzimy boje z Normanami, uczestniczymy w turniejach i pojedynkach, analizujemy mapy bądź opuszczamy kolejkę. Jedna tura odpowiada jednemu miesiącowi, wygrywamy wówczas, gdy pozbędziemy się na dobre naszych wrogów.

Choć gra spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem, nie zestarzała się zbyt dobrze. Pierwszym co rzuca się w oczy, jest brak jakiegoś konkretnego tutoriala. Niby mamy informacje dotyczące sytuacji politycznej, które stanowią świetne wprowadzenie w fabułę, ale co do samej rozgrywki działamy intuicyjnie. Czuć pewną siermiężność w tej grze, szczególnie w przypadku zorganizowania turnieju. O ile jeszcze trafienie wroga kopią jakoś idzie, tak już dalsza część pojedynku jest istną katorgą. Walki armii? Stoi naprzeciw siebie kilku wojów, uderzają na przemian, aż w końcu jedni z nich padają. Koniec. Jeszcze bardziej deprymująca jest chyba próba wykradania skarbów/wkraczania na kwadrat innego władcy. Nacieramy na budynek, z którego wychodzą przeciwnicy, uderzamy ich bronią, która wygląda jak szpada, ciężko się zasłonić, więc z reguły lecimy stylem wet za wet, co w konsekwencji kończy się dla nas zgonem, ponieważ choć pasek życia mamy dłuższy, tak przeciwników z czasem dochodzi.

Aby jednak jak najskuteczniej wypełniać swoje zadanie, powinniśmy na przemian z tych opcji korzystać. Czasem wygrana w turnieju da nam nowe lądy, czasem konieczny jest otwarty atak. Ciekawe jest oblężenie, podczas którego możemy nawet korzystać z katapult (jeśli w nie uprzednio inwestowaliśmy). Do tego dochodzą pewne elementy dodatkowe, jak choćby możliwość ratowania damy w potrzebie. Lejemy się wtedy równo z przeciwnikami, z tą naszą cienką szpadą, i próbujemy nie dać się zabić. Żeby była jasność – nasi przeciwnicy nie siedzą na tyłkach w oczekiwaniu na nasze decyzje. Po turze gracza to właśnie oni zajmują się podobnymi sprawami co my, dlatego warto co kolejkę śledzić mapę i obserwować sytuację polityczną Wyspiarzy.

Graficznie wygląda to następująco – część fabularna, czyli wszelkie przerywniki czy inne informacje, są wręcz zjawiskowe (gra na trąbach przed turniejem rządzi!) jak na te czasy i tę konsolę. Jeszcze mapka dość ładnie wygląda. Natomiast cała faza gameplay`owa to już nieco przestarzały system. Mało dokładne animacje, postacie poruszają się, jakby brodziły w bajorze,  żołnierze wzbudzają ewentualnie litość a nie strach – w ogóle czuć takie zwolnione tempo wszystkiego, co nas otacza. Niestety, nie jest to pixel art, za którym tęsknimy. O muzyce trudno się wypowiadać pozytywnie, chyba jedynym usprawiedliwieniem jest fakt, iż gra powstała w 1986 roku.

Na dzień dzisiejszy trzeba mieć sporo samozaparcia, by zabrać się za tę produkcję. Może to kwestia konwersji na NES-a? Swoje triumfy święciła przecież za czasów Amigi i Commodore, więc mogła być bardziej przystępna niż w przypadku sterowania wyłącznie padem. Warto jednak pamiętać, że niewiele na tę konsolę wyszło strategii turowych, ciekawe produkcje Koei zwykle nie były tłumaczone na zrozumiały dla nas język, dopiero z czasem fani sami postarali się o lokalizację, dlatego można spróbować i dać sobie szansę uratowania Anglii – czymże jest Brexit wobec najazdu Normanów?

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz