Digger T. Rock: Legend of the Lost City

Spora część fanów gier retro z pewnością pamięta Dig Dug. To tytuł, w którym naszym zadaniem jest praca pod ziemią, gdzie zdobywamy kryształy i unikamy przeciwników oraz kamieni spadających nam na głowę (w dużym uproszczeniu). O tym, że formuła się przyjęła, świadczą jeszcze inne wariacje tego pomysłu, z Boulder Dash na czele. Jest jednak również pozycja, która za sprawą Rare pojawiła się na NES-ie w 1990 roku i w mojej opinii jest ciekawsza i fajniejsza od poprzedniczek, choć niewątpliwie wiele od nich czerpie.

Digger T. Rock: Legend of the Lost City, bo tak brzmi tytuł tej produkcji, pozwala nam wcielić się w tytułowego bohatera. Jego zadaniem, podobnie jak w wywołanych wyżej szpilach, jest eksploracja jaskiń. Nie tylko musimy zdobyć jak najwięcej kosztowności, unikając przy tym przeszkód wszelakich, ale i dojść do wyjścia w określonym czasie od otwarcia przejścia, co znacząco podnosi poziom trudności rozgrywki. Nie jest to takie proste, gdyż tak naprawdę nie jest ono dostępne od razu. Niektóre filary, na które następuje Digger T. otwierają drzwi, ale tylko na określony czas. Jeśli nie pospieszymy się, musimy znów dostać się do tego konkretnego filaru, umożliwiającego nam ponowne osiągnięcie wyjścia. Oczywiście ostatecznym celem jest odkrycie tytułowego Zaginionego Miasta, do czego droga jest dość długa i żmudna.

Może w teorii brzmi jak jakaś popierdółka, ale to kawał dobrego gameplayu. Jaskinie, których łącznie jest osiem, są dość spore, niektóre przejścia są dostępne od początku, inne z kolei trzeba odkryć. Teoretycznie da się ukończyć grę ograniczając się do stąpania po filarach i wchodzeniu w drzwi, ale jej zawartość jest dużo głębsza. Znajdujemy drabiny, by dostać się na niższe kondygnacje, rozbijamy niektóre miejsca dynamitem, dzięki czemu docieramy we wcześniej niedostępne rejony. Czasem, jeśli postukamy w kamień, przeniesiemy się do innej lokacji. Daje to ogrom możliwości, choć po kilku przejściach znamy większość kryjówek. Czasem jednak nawet przypadkiem uda się coś odnaleźć.

Przeciwnicy. To także ciekawa sprawa. Część z nich to upierdliwe owady, z czasem trafią się nawet szkielety, ludzie pierwotni, a także dinozaury, w które mamy możliwość rzucać kamieniami. Nasz kopacz ma swój pasek życia, więc na szczęście nie jest to gra, gdzie jedno uderzenie powoduje zgon. Aby skutecznie atakować, używamy łopaty bezpośrednio lub uderzamy nią o niektóre kamienie. Ból powoduje też upadek z dużej wysokości, ale na to receptą są znajdywane w jaskini drabiny. Trzeba przyznać, że choć z czasem wrogów będzie więcej, a same jaskinie bardziej złożone, w tym większa ilość filarów, rozgrywka nie frustruje. Z każdym poziomem wnosi coś nowego, zaś my coraz bardziej wkręcamy się w klimat.

Co ciekawe, po każdej planszy mamy bonus. Jesteśmy w różowej jaskini, gdzie co rusz spadają na nas kamienie. Zanim któryś nas trafi, musimy zebrać jak najwięcej klejnotów. Albo uda nam się zdobyć wszystkie, albo w końcu zostajemy ugodzeni. Oczywiście, nie tracimy wówczas życia, zostajemy jedynie przeniesieni do kolejnego levelu, gdzie czeka nas ostre machanie szpadelkiem. Całkiem miłe urozmaicenie po ganianiu w nieco ciemniejszych lokacjach.

Grafika jest jak na tytuł NES-owy naprawdę świetna! Jaskinie mają tak dobrane odcienie, że wszystko w nich widać, w ogóle nasz kopacz jest mega sympatyczny. Kamienie, które da się ruszyć, mają nieco inną barwę, co sprawia, że sama rozgrywka jest bardzo intuicyjna. Animacje przeciwników i poruszanie się naszego bohatera wypadają nader dobrze. Muzyczka też jest w porządku, nie tak dobra jak sfera wizualna, ale da się grać i nie ściszać.

Dość późno w moim „growym” życiu odkryłam Diggera, jednak z pewnością zostanie ze mną na długo. Nie oglądając żadnych tutoriali można samemu co rozgrywkę odkryć coś zupełnie nowego. Gra sprawia ogromną przyjemność, sterowanie jest w porządku, a i popatrzeć jest na co. Trudno mi ocenić, na ile ten tytuł jest dostępny, niemniej jest absolutnie warty tego, by poszperać po jakiś aukcjach.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz