Dragon Ball Z: Harukanaru Densetsu

Jedną z moich ulubionych zagrywek twórców interaktywnej rozrywki jest mieszanie gatunków. Wzięcie kilku elementów z różnych typów gier i stworzenie z nich czegoś nowego to najkrótsza droga do oryginalnego i, w założeniach, ciekawego produktu. Tylko częściowo niestety udało się to twórcom Dragon Ball Z: Harukanaru Densetsu.

Produkcja łączy w sobie elementy RPG, karcianki i gry planszowej. Z tej ostatniej wzięto wygląd mapy, która została podzielona na ściśle wydzielone ścieżki (w trakcie ruchu decydujemy jedynie, w którą stronę skierować swoją postać). Kluczowe z punktu widzenia wygranej miejsca zaznaczane są niebieskim, migającym okręgiem, podobnie jak przeciwnicy, których musimy pokonać. Dodatkowo na planszy pojawiają się sklepy, woreczki z fasolkami Senzu oraz kapsuły z przedmiotami.

Zdecydowanie bardziej rozbudowany jest element karciany. Liczbę punktów ruchu, rodzaj podejmowanej akcji (osiem możliwych) oraz przebieg walki determinują karty z wizerunkami postaci znanych z serii. Każda z nich posiada moc (u góry), rodzaj (środek) oraz obronę (dół). Moc określa liczbę punktów ruchu na mapie oraz siłę ataku w trakcie walki. Analogicznie, obrona to szansa spotkania przeciwnika oraz szansa na uniknięcie potyczki. Rodzaj natomiast to atak, wykorzystanie pomocy sojusznika, przetasowanie kart, ucieczka itd. Łącznie kilkanaście różnych akcji, w zależności od tego czy wykorzystujemy je na mapie świata, czy podczas pojedynku.

Naleciałości RPG są niestety bardzo symboliczne. Bohaterowie posiadają co prawda poziomy doświadczenia i punkty życia, ale na tym w zasadzie sprawa się kończy. Wraz z osiągnięciem kolejnego levelu wybieramy jedną z sześciu kapsułek, która może wzmocnić efekt pewnych akcji (np. potężniejsze ataki albo lepsza obrona) oraz, choć sporadycznie, podnieść postaci HP. No tak, mamy jeszcze plecak z zebranymi w trakcie kampanii przedmiotami, których możemy użyć po wybraniu odpowiedniej karty.

Największym plusem i jednocześnie największą wadą produkcji jest tryb rozgrywki. Mieszanka, która na początku wydaje się fascynująca, po kilku godzinach staje się nie do zniesienia. Mniej więcej w jednej trzeciej historii (po pokonaniu przybyłych na Ziemię Saiyan, przed wyruszeniem na Namek) Dragon Ball Z: Harukanaru Densetsu zaczyna się nużyć tak bardzo, że praktycznie całkowicie traci swój urok. Sytuację ratują trochę wprowadzane wraz z rozwojem fabuły comba (zarówno atakujące, jak i broniące), ale to i tak zbyt mało, by mówić o stabilnej przyjemności z gry przez cały czas jej trwania.

Ja dociągnąłem historię do końca głównie ze względu na piękną grafikę. Zarówno karty, jak i wizerunki postaci podczas fabularnych przerywników wykonane są perfekcyjnie, z dobrze dobranymi kolorami i proporcjami. Świetne tła oraz przejrzysty i intuicyjny interfejs także należy zaliczyć na duży plus – podobnie jak miłe dla ucha kompozycje. Oprawa audiowizualna jest w zasadzie bez zarzutu.

Dragon Ball Z: Harukanaru Densetsu to rzadko spotykana perełka graficzna i muzyczna, która mimo ciekawie pomyślanej rozgrywki sporo traci na grywalności wraz z rozwojem fabuły. Warto ją poznać, ale nie oczekujcie, że zabierze wam więcej niż dwie, trzy godziny. No chyba, że jesteście zagorzałymi fanami Dragon Balla – wtedy spędzicie przy niej zdecydowanie więcej czasu.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz