Evoland

Jakiś czas temu na blogu broniłem pierwszej części Suikodena, którego złośliwcy nazywali grą istniejącą wyłącznie po to, by wczuć się w klimat powstałej kilka lat później kontynuacji. Dużo trudniej będzie mi podtrzymać podobne stanowisko w przypadku Evoland autorstwa Shiro Games. Gra określana mianem podróży przez ewolucję komputerowej rozrywki jest urocza, pomysłowa i całkiem ładna, ale w porównaniu z Evoland II wygląda na absolutną przystawkę, do tego niezbyt hojnie doprawioną. Stanowi także rozwinięcie małego projektu konkursowego, który obecnie funkcjonuje pod nazwą Evoland Classic.

Idea stojąca za Evoland jest prosta, choć dość niespodziewana. Wraz z głównym bohaterem, który absolutnie nie przypomina Linka, przeżyjemy krótką historię ratowania świata przed mrocznym wrogiem. W jej trakcie będziemy odblokowywać prawie wszystkie mechaniki znane ze starszych produkcji komputerowych i konsolowych – poruszanie się, menu, ścieżkę dźwiękową, save pointy, możliwość zakładania na siebie ekwipunku, zdobywanie punktów doświadczenia, questy, większą liczbę członków drużyny, mapę świata. Na starcie potrafimy jedynie poruszać się strzałką w prawo, a kończymy pełną trójwymiarową grafiką – sami sprawdźcie, jaka droga do tego doprowadziła.

Produkcja posiada dwa główne tryby graficzne, które można w określonych miejscach zmieniać – pikselowe 2D rodem z serii Legend of Zelda oraz 3D przypominające pierwsze części Final Fantasy na PlayStation. Każdy z nich znacząco wpływa na otaczający nas świat (w jednym drzewa będą na tyle małe, że możemy przez nie przejść, w innym – drogi nie będą blokować kamienie). Jak nietrudno się domyślić, taka mechanika stanowi podstawę większości zagadek logicznych, których rozwiązanie umożliwi przejście planszy i postęp fabularny.

A skoro już o fabule mowa, jest ona wyjątkowo szczątkowa. W największym możliwym skrócie (który, biorąc pod uwagę skalę scenariusza, wcale nie jest takim dużym skrótem) – ratujemy świat, a przynajmniej kontynent, po którym się poruszamy. Zły typ staje nam na drodze, w związku z czym musimy go wyklepać. Naprawdę trudno dodać tutaj coś więcej – gracza nakręca przede wszystkim możliwość odkrywania nowych elementów samej gry, scenariusz z pewnością krótszy jest niż ta recenzja.

Czas spędzony przy Evoland wydłuża w sposób trochę sztuczny możliwość zbierania poukrywanych po świecie złotych gwiazdek oraz kart, przy czym te ostatnie możemy wykorzystać w autorskiej karciance zaimplementowanej w grze. Oprócz niej twórcy zaserwowali nam trzy systemy walki – akcję znaną ze wspomnianych już przygód Linka, turówkę charakterystyczną dla jRPG-ów (w obu wersjach graficznych) oraz prześmiewczą impresję na temat hack n’ slashy, choć ta występuje tylko na jednej lokacji w grze.

Cały projekt, oprócz pomysłowości i trudnego do opisania uroku, ratuje właśnie ten swobodny ton z jakim twórcy podeszli do swojej pracy. Niemal wszystko co spotkamy na naszej drodze w sposób pośredni lub dobitnie bezpośredni nabija się ze schematów utrwalonych przez dziesięciolecia rozwoju elektronicznej rozrywki. Chociażby z tego powodu warto dać grze szansę. No i stanowi dobry punkt wyjścia do absolutnego majstersztyku, jakim jest Evoland II.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz