Faxanadu

Czy w grach wymyślono coś lepszego od wcielenia się w zwykłego człowieka, który z miejsca staje się bohaterem, będącym w stanie uratować świat? Cóż, kwestia gustu, niemniej po raz kolejny dostajemy taką możliwość. Tym razem zawdzięczamy ją twórcom z Hudson Soft, którzy w 1989 r. wydali w Stanach (nieco wcześniej w Japonii i nieco później w Europie) grę Faxanadu. Powrót naszego bezimiennego bohatera do swojej rodzinnej krainy zbiega się z atakiem krasnoludów i innych potworów. Jak już padło, przyszłość miejscowości zależy wyłącznie od nas.

Nasz heros, wyglądający całkiem zwyczajnie, ma za zadanie spotkać się z królem. Wszyscy mieszkańcy przekonują, że liczą już wyłącznie na niego, zaś monarcha udziela mu jednorazowej zapomogi, która ma wystarczyć na wyprawkę. Dzięki niej możemy kupić miecz, z czasem także resztę ekwipunku, magiczne mikstury uzupełniające życie oraz klucze, bez których nie będziemy mogli przechodzić przez kolejne, znajdujące się stosunkowo często bramy. W praktyce wygląda to tak, że gra jest podzielona na dwie sekcje. W miastach, możemy udać się na shopping (polecam zakupy kluczy u pana ze szlugiem w ustach) oraz churching. Ten drugi zapewnia nam mantrę, czyli dwa w jednym: checkpoint, jeśli kontynuujemy rozgrywkę po zgonie bohatera lub password, gdy postanowiliśmy skończyć na danym etapie. Do tego dochodzi lokalny lekarz, u którego można uzupełnić pasek zdrowia, a także domy jakiś randomowych mieszkańców, udzielających cennych podpowiedzi. Druga część gry to miejsca poza miastami, w których łatwo natrafić na dziwne monstra oraz bossów. Podział jest oczywiście umowny i dotyczy stylów rozgrywki, natomiast główny quest składa się z czterech światów.

Jak przebiega współpraca z naszym tajemniczym bohaterem? Dość ambiwalentnie. Z jednej strony to całkiem sprawny woj, który szybko radzi sobie z przeciwnikami, jednak samo sterowanie pozostawia nieco do życzenia. Najbardziej irytowały mnie chyba dwie kwestie. Pierwsza to przeskakiwanie przeciwników. Czasem faktycznie łatwo można było ominąć przeszkody, ale częściej jednak zahaczało się o nie. Druga sprawa to operowanie mieczem. Kiedy naskakuje na nas wróg, a my atakujemy go owym orężem, trzeba bardzo dokładnie trafić, aby samemu nie ponieść uszczerbku na zdrowiu. To o tyle irytujące, że ewentualny atak monstrum nie tylko odbiera nam kawałek HP, ale też, gdy dochodzi do niego na skraju planszy, przerzuca nas do poprzedniej sekcji. A należy wiedzieć, że każde wejście w kolejne miejsce, nawet to, które już eksplorowaliśmy uprzednio, wiąże się z respawnem przeciwników. Można na nich dobrze zarobić, bo większość zostawia pieniądze, ale też stale trzeba być czujnym i liczyć się z ich upierdliwym naporem.

No właśnie, przeciwnicy. Na dzień dzisiejszy nieco trącą myszką. Owszem, są stosunkowo zróżnicowani, ale trudno mi traktować serio grę o tak poważnym wydźwięku, kiedy za wrogów mam skaczącego kozła (?), krzyżówkę żółwia z Super Mario z Sonikiem, czy choćby atakujące nas oko, skaczące na jednej kończynie. Wiadomo, konwencja fantasy, ale są jakieś granice przyzwoitości. Ciekawie za to prezentują się bossowie – tutaj już czuć rangę rywala, co prawda głównie dzięki różnicy w proporcjach, niemniej są to potwory trudniejsze do pokonania i walki są bardziej efektowne, wymagają taktyki.

Grafika prezentuje się nieźle. Tła są dosyć szczegółowe, podobnie postaci, kiedy z nimi rozmawiamy. Duże wrażenie robi wnętrze świątyni, zwłaszcza witraże. Może nasz bohater jest nieco za słabo animowany, z lekko hipsterskim zarostem, zaś same monstra z reguły nie posiadają wielu barw, niemniej całość należy ocenić pozytywnie. Muzyka nie zachwyca, ale też nie irytuje, co w przypadku długich gier zdaje się być błogosławieństwem.

Faxanadu jest jak na NES-a grą bardzo rozbudowany. Posiada swój chłodny klimat i dobrze się sprawdza przy długich rozgrywkach. Zarabianie pieniędzy jest szybkie, dzięki czemu nie ma się poczucia długiego zbieractwa i większość przedmiotów szybko staje się dostępna. Pewnym mankamentem jest jednak sterowanie wymagające dużego wyczucia, jednak w kontekście całości można przymknąć na to oko.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz