Fire Emblem: Sacred Stones

Serie gier mają to do siebie, że w znakomitej większości przypadków wraz z kolejnymi odsłonami ich jakość spada. Nie jest to miejsce ani czas na dyskusje o Final Fantasy, HoM&M czy Diablo – tym tytułom poświęcę więcej uwagi w przyszłości. Są jednak serie, które dopiero po latach osiągają pełnię możliwości. Tak jest w przypadku Fire Emblem i trzeciej odsłony tytułu na GBA – Sacred Stones.

Gra opowiada historię rodzeństwa Ephraima i Eiriki – dziedziców królestwa Renais, jednego z kilku państw kontynentu, na którym rozgrywa się fabuła. Po ośmiuset latach pokoju Imperium Grado z niewyjaśnionych powodów wywołuje konflikt zbrojny atakując swoich sąsiadów. Jak się okazuje, imperator przy pomocy mrocznych sił chce odnaleźć Święte Kamienie, które stanowią rozwiązanie zagadki, co stało się z Lyonem – przyjacielem rodzeństwa z dzieciństwa.

Podobnie jak poprzedniczki, opisywana część Fire Emblem trzyma się idei, która legła u podstaw fenomenu serii. Mamy więc powiększającą się z misji na misję grupę śmiałków, którzy biorą udział w konflikcie międzynarodowym. Turowy system walki (coś na wzór szachów) połączono z możliwością nabywania przez wojowników doświadczenia i zmiany ich profesji, co ma kluczowe znaczenie na dalszych etapach gry. Niebagatelną rolę pełni także system wzajemnych zależności pomiędzy różnymi rodzajami broni i magii – miecze są skuteczne przeciwko toporom, biała magia przeciwko czarnej itd.

Sacred Stones w porównaniu z poprzednimi odsłonami serii jest pełne innowacji. Od nowych klas postaci (świetny Summoner, bardzo użyteczne klasy typu „uczeń”), przez miejsca niezależne od głównego wątku, w których można podszkolić bohaterów (Tower of Valni i Lagdou Ruins), po nowe przedmioty czy bardzo czytelnie rozpisany system supportów (rozwijany dzięki rozmowom między jednostkami). Największą jednak nowością jest możliwość wyboru profesji postaci podczas awansowania jej na wyższych poziom. Nie pamiętam, żeby wcześniej w innym FE zastosowano ten pomysł, a szkoda – to świetne rozwiązanie, które mocno urozmaica grę i umożliwia przechodzenie jej na różne sposoby.

Oprawa audiowizualna gier na GBA to szczytowe osiągnięcie w historii serii. Ani wcześniej, ani później graficy nie stworzyli tak wewnętrznie spójnej, kompletnej szaty graficznej łączącej przepiękny pixelart postaci z solidnie wykonanymi tłami i animacjami czarów. Podniosła, marszowa muzyka jest zresztą, podobnie jak warstwa wizualna, znakiem rozpoznawczym serii. Zawsze dziwiłem się, czemu w zestawieniach najlepszych japońskich soundtracków FE jest tak często pomijane. Przecież poziomem co najmniej dorównuje takim tuzom jak Castlevania, a wiele bardziej znanych tytułów bije pod tym względem na głowę.

Fire Emblem: Sacred Stones ma oczywiście wady – dłużącą się linię fabularną, mocno rozchwiany poziom trudności (zwłaszcza w bonusowych lokacjach) czy dużą grupę bohaterów, którzy ze względu na kiepskie statystyki nigdy nie będą wykorzystani. Nie zmienia to jednak faktu, że w kategorii taktycznych RPG, FE:SS postawiło poprzeczkę bardzo wysoko – na GBA nie ma chyba lepszego tytułu z tego gatunku.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz