Forager

Tak jak Chrono Trigger jest dla mnie wyznacznikiem dobrego RPG, tak kwintesencją wszystkiego co najlepsze w symulatorach jest Harvest Moon oraz jego duchowy spadkobierca – Stardew Valley. Sukces tego ostatniego zapoczątkował wysyp mniej lub bardziej udanych symulatorów „craftowania”, na czele z wyśmienitym Graveyard Keeperem. W związku z powyższym pojawienie się produkcji w stylu Foragera było tylko kwestią czasu.

Jak powszechnie powtarza się w recenzjach, Forager to połączenie Stardew Valley, The Legend of Zelda i Terrarii. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych tytułów nie posiada jasno sprecyzowanej fabuły. Zadaniem naszego bohatera jest wydobywanie surowców, konstrukcja co raz bardziej zaawansowanych budowli i narzędzi oraz wykupywanie kolejnych elementów planszy za zarobione pieniądze. Szczątkowa fabuła (bardzo umowna) będzie więc różna za każdym razem, gdy rozpoczniemy rozgrywkę.

System wydobywania surowców jest dosyć prosty – uderzając podręcznym kilofem w odpowiednie miejsce na mapie wyskakują nam rudy metali, mięso, owoce, piasek itd. Wraz z rozwojem gry będziemy uzyskiwali dostęp do nowych narzędzi, broni i rodzajów surowców. Nie jest to historia stricte fantasy – na odpowiednio wysokich poziomach osiągamy całkiem zaawansowaną industrializację naszego otoczenia. Niemal każda czynność w grze pozwala nam zdobywać punkty doświadczenia, które umożliwiają nam na konkretnym etapie wybrać jedną z dostępnych umiejętności.

Jeśli chodzi o przywoływaną Zeldę, Forager nawiązuje do niej w dwóch aspektach. Po pierwsze – grafika. Dzieło studia HopFrog to przepięknie narysowany i animowany hołd dla handheldowych action RPG-ów, pełen różnorodnych lokacji i pomysłowych przeciwników. Wiąże się to z drugim nawiązaniem do przygód Linka – systemem walki. Wykorzystując wyprodukowany przez nas samych arsenał będziemy musieli bronić swojej osady przed dzikimi zwierzętami czy nieumarłymi, miecz i łuk przydadzą się nam także podczas eksplorowania specjalnie przygotowanych przez twórców dungeonów.

W Foragerze widzę dwa zasadnicze minusy. Po pierwsze – relatywnie szybko zdobywamy dostęp do dużej liczby możliwości, przez co gra nas momentalnie przytłacza. Gdy jeszcze na dobre nie wzięliśmy się za produkcję jedzenia, na horyzoncie już majaczą maszyny parowe i drony. Druga skaza to rozmiar mapy, która, wciąż rozbudowywana, jest całkiem spora. Wszędzie coś się dzieje, by skorzystać ze wszystkich oferowanych możliwości musimy wciąż w tę i we w tę latać po mapie, co może szybko doprowadzić do irytacji.

Z drugiej strony, gra urzeka pomysłowością. Takie smaczki jak lekko szaleni NPC, magiczne zwoje potrafiące kształtować nasze otoczenie, drobne questy czy trudne do ukończenia wyzwania nie tylko przedłużają żywotność produkcji, ale także mocno podbijają jej jakość w ostatecznym rozrachunków. Dzięki temu Foragera można z czystym sumieniem polecić nie tylko hardcorowym fanom Harvest Moona.

Michał „Michu” Wysocki

Dodaj komentarz