Ghoul School

Mało znam osób, które nigdy nie narzekałyby na szkołę. A to za dużo prac domowych, nauki, trzeba rano wstawać, facetka się czepia. Jednym słowem – standard. Zresztą stan polskiej edukacji pozostawia wiele do życzenia, stąd część tych narzekań ma swoje uzasadnienie. Jednakże, chyba nie do końca doceniamy to, co mamy. Możemy choćby kształcić się w mimo wszystko komfortowych warunkach, bo przecież w przeciwieństwie do pewnej szkoły w Ameryce, do naszej uczęszczają uczniowie i pracownicy, a nie… ghule.

Wspomniana placówka to Cool High School, czyli tytułowa Ghoul School, która to gra została wydana w 1992 r. przez Electro Brain na NES-a. Wcielamy się w ucznia tegoż przybytku, Spike`a, który po odnalezieniu czaszki i próbie odkrycia czym ona jest, zauważa, że nauczyciele oraz uczniowie zmienili się w różne potwory. Wśród nich chodzące oko (czyżby jakaś aluzja do pełniących dyżury belfrów?), głowa meduzy, jakieś-zielone-coś wypuszczające w stronę chłopaka różne części swojego ciała, a nawet kwiatki i nutki. Spike znajduje się w budynku szkoły i ma za zadanie załatwienie monstrów oraz – znajomy już motyw niewiasty w opałach – odnalezienie najlepszej szkolnej cheerleaderki, która przy okazji została porwana. Gracz ma do dyspozycji cały budynek szkolny, może wchodzić do klas, w okolicach sali gimnastycznej chować się w szafkach, podążać na inne piętra. Wiele miejsc jest bardzo podobnych i nietrudno się zgubić, jednak u góry ekranu zawsze pojawia nam się informacja, gdzie jesteśmy, co pomaga w późniejszej lokalizacji.

Szkoła wygląda podobnie jak w amerykańskich filmach, oczywiście w granicach NES-owych możliwości. Szafki na korytarzach, sale z podobiznami ważnych postaci oraz flagami USA, główny bohater chodzący w podartych spodniach i z włosami na żelu. Znaczącą różnicą są rzecz jasna panoszący się przeciwnicy. Podobnie jak Spike posiadają oni pasek życia, co zawsze uważałam za plus. Widzimy dzięki temu, ile nam jeszcze zajmie ubicie konkretnego stwora. Najłatwiej jest z chodzącymi oczami, gdyż z reguły nie wykonują jakiś gwałtownych ruchów i przy dobrym ustawieniu można się ich łatwo pozbyć. Z czasem też, w zależności od odkrywania nowych miejsc i pozbywania się wrogów, znajdujemy nowe przedmioty, w tym bronie, obuwie i produkty spożywcze dodające nam zdrowia. Warto zauważyć, że wpływa to wydatnie na jakość rozgrywki, gdyż poszczególnym arsenałem łatwiej jest pokonywać konkretnych wrogów. Tutaj trzeba być czujnym i próbować wejścia w interakcje ze szkolnym wyposażeniem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by jabłko wyleciało z zepsutego telewizora, w który kilka razy uderzymy.

Problemem na pewno jest podatność Spike`a na wszelkie ataki potworów. Wystarczy stanąć o milimetr za blisko lub nie zdążyć się cofnąć i już jesteśmy trafieni. Czasem, kiedy dostajemy cios stojąc na granicy planszy, zostajemy przerzuceni do poprzedniego pomieszczenia, co bardzo irytuje. Ważne jest jednak to, że raz zabity potwór nie pojawia się ponownie. Gdyby tak nie było, pewnie trzeba by zaopatrzyć się w jakąś mapkę. O ile nasza postać wysoko skacze, tak niektórych upierdliwców nie da się minąć. Mam tu na myśli choćby małe oczka, które biegają po korytarzach. Żebym nie wiem jak szła, zawsze w któreś wdepnę, co oczywiście kończy się ubytkiem w punktach życia. Na dodatek choć gra jest o szkole, pozbawiona została aspektu dydaktycznego. Kiedy Spike dotyka wody lecącej z prysznica, bywa strącany na inne potwory, co może być sygnałem dla najmłodszych, że częste mycie skraca życie.

Grafika nie robi oszałamiającego wrażenia. Cóż, może i nasze monstra dają radę, chyba w całej grze wypadają najlepiej, natomiast tła są proste, jednokolorowe, klasy bardzo do siebie podobne, przez co twórcy nie musieli się szczególnie wysilać przy ich tworzeniu. Ot, jeden wzór i zabawa w „znajdź pięć szczegółów”. Szkoda, bo intro z budynkiem szkoły i burzą, wykonane bardzo efektownie, zapowiadały dużo lepsze wrażenia wzrokowe. Muzyka składa się przez większość rozgrywki z dwóch elementów: melodii na korytarzu i w poszczególnych pomieszczeniach. Należy jednak podkreślić, że w większości z nich jest ona taka sama. Jak nietrudno się domyślić, to zdecydowanie za mała różnorodność, a jeśli dodamy do tego fakt, że tytuł ma uchodzić za survival horror (potwory, przetrwanie, itp.) to ich nastrojowość jest zupełnie nieadekwatna do tegoż.

Z pewnością Ghoul School jest grą, których mało na NES-a. Właściwie kiedy po nią sięgnęłam, nie nasuwała mi żadnych skojarzeń z ogranymi już tytułami. Na pewno więc plus należy się za pomysł i za brak respawnujących się wrogów. Należy jednak pamiętać, że grafika i dźwięk nie są powalające, do tego po pewnym czasie czuć wtórność naszego postępowania. Można to potraktować jako ciekawostkę, jednak na super doznania nie ma się co nastawiać.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz