Home Alone

Co współcześnie najmocniej kojarzy się z Bożym Narodzeniem? Dla katolików z pewnością na pierwszy plan wysuwają się elementy sakralne i jedna z największych tajemnic wiary, jaką jest Wcielenie. Osoby niewierzące bardziej skoncentrują się na atmosferze oraz zwykłej bliskości rodziny i przyjaciół. Bez względu jednak na poglądy religijne, w tym czasie jest jedna postać, która stoi ponad wszelkimi podziałami – to Kevin McCallister.

Przygody małego chłopca, który przez przypadek (ach, te dysfunkcyjne rodziny) zostaje sam w domu, gdy jego familia wyjeżdża, znane są w każdym polskim domu. Zamiast jednak tylko biernie przyglądać się, jak ten sprytny dzieciak wycina numery nieco przygłupim włamywaczom, warto samemu stanąć w szranki ze złoczyńcami. Taką możliwość daje nam wydane na NES-a przez THQ w 1991 roku (rok po premierze filmowej) Home Alone. Przejmujemy ster nad Kevinem i mamy za zadanie przetrwać 20 minut, zanim do domu przyjedzie wezwana policja. Wydaje się to nieco dziwne, że grę daje się przejść w mniej niż pół godziny, ale wcale nie jest to jakaś łatwa przeprawa.

Będąc Kevinem chodzimy po domu i podwórku. Na terenie posesji znajdują się również włamywacze, którzy są szybsi od nas, w związku z czym ciągła ucieczka nie ma sensu. Możemy jednak na pewien czas ich obezwładniać. Niemal wszędzie porozrzucane są pułapki. Kevinowi nic one nie robią, jednak kiedy je zastawi i któryś z przyjemniaczków w nie wdepnie, przez chwilę nie rusza się z miejsca. W tym czasie musimy wziąć kolejną i zastawić na drugiego gościa. Do tego dochodzą jeszcze miejsca, gdzie możemy się schować. Jeżeli chłopiec wejdzie za choinkę, złodziej go nie zobaczy, ale już drugie z rzędu przejście skończy się sceną z krzykiem „oh no!” (poza tym, umówmy się, co to za gra, gdzie wystarczyłoby wejść na 20 minut za drzewo…). Należy jednak pamiętać, że nie wszędzie można zastawić pułapkę. Między domem McCallisterów a domkiem na drzewie znajduje się przejście po linie – na niej niczego nie postawimy. Dlatego też trzeba stale nadzorować, gdzie znajdują się nasi przeciwnicy.

Jak wspomniałam, całość jest łatwa tylko w teorii. Czasem ma się wrażenie, że wróg jest daleko (nie u bram), a mimo to niebawem na nas napada. Przestrzeń jest całkiem spora, bo oprócz kilkupiętrowego domu możemy też iść do domku na drzewie, piwnicy, a do innych pomieszczeń prowadzi kilka przejść (schody, rynna). Raz w życiu zdarzyło mi się, że wyskoczył jakiś lag w grze i jeden z włamywaczy wpadł w pułapkę, z której nie wyszedł. Próbowałam później stawiać pułapki w tym samym miejscu, jednak bez oczekiwanego rezultatu.

Grafika wygląda nieźle, w domu znajduje się sporo obiektów, nie tylko tych, z którymi możemy podjąć interakcję. Pułapki wyróżniają się na tyle, że łatwo je odróżnić od pozostałych rzeczy, znajdujących się u McCallisterów. To, co mnie jednak zastanawia, to sposób chodzenia postaci. Włamywacze chodzą prosto, jakby mieli motorki w pewnej części ciała, za to Kevin niby się skrada, ale spokojnie mógłby robić za jakiegoś nieumarłego w innych grach. Dźwięk to przede wszystkim melodia w tle (znośna, w końcu trzeba jej słuchać co najmniej 20 minut), odgłosy upadków i pewna zmiana kawałka na czas pobytu na linie w drodze do domku na drzewie. Nie wiem, czemu akurat wtedy się zmienia, niemniej jest dość patetyczna jak na tę grę.

Polecam Kevina, choć gra mnie nieco stresowała. Z pewnością lepiej sięgnąć po nią niż film, ale z czasem się zacznie nudzić. No bo ile można uciekać? Z reguły celem gry (poza arcade`owymi tytułami na czesanie punktów) jest jej przejście, a tutaj w sumie mamy nieco inną konwencję. Jednakże, kiedy już zjecie wspólny posiłek, wrócicie z kościoła i pokłócicie się o różne polityczne sprawy, chwyćcie pada i pomóżcie Kevinowi!

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz