Joe & Mac

Na NES-ie pojawiło się sporo gier przedstawiających dzieje jaskiniowców. Od razu na myśl przychodzą mi chociażby Big Nose the Caveman od Codemasters, luźno bazujące na kreskówce dwie części Flintstones, czy zupełnie innowacyjne podejście do kwestii współzawodnictwa w wydaniu ludzi pierwotnych – Caveman Games. Równie ciekawym i sympatycznym tytułem jest multiplatformowy Joe & Mac. Panowie z Data East przedstawili nam historię jaskiniowców (lub jaskiniowca, w zależności od tego, czy gramy w pojedynkę, czy wybieramy opcję multiplayer), którzy muszą uratować porwane ze swojego plemienia niewiasty.

Skoro jest mowa o ludziach pierwotnych, nie może zabraknąć charakterystycznego dla ich czasów otoczenia. Na drodze Joe’go stają dinozaury lądowe i powietrzne (szczególnie upierdliwe), przedstawiciele innych plemion w różnych konfiguracjach, toczące się kamienie. Na końcu każdego etapu (niektóre levele składają się z dwóch części) czeka nas walka z bossem, również jak najbardziej w klimacie (choćby rosiczka, po zetknięciu z którą zostaje z nas sam szkielet) Pojedynki z nimi nie są szczególnie trudne, gdyż wystarczy stanąć w dobrym miejscu i mielić przycisk odpowiadający za atak (nic dziwnego, że dinozaury wyginęły), jedynie nieco czasochłonne, gdyż wielu uderzeń potrzeba do ubicia gada lub innego monstrum.

Rozgrywkę usprawniają dodatkowe znajdźki. Niektórzy przeciwnicy porzucają je, co pozwala jaskiniowcom na dalsze rzucanie młoteczkiem (bumerangiem lub kołem), zwiększenie szybkości uderzenia, a także wykonywanie wyższych skoków. Standardowo jest także jedzenie (w tym hamburgery), które dodaje pałeczki życia bohaterowi. Sama gra jest dość krótka i w zasadzie przewidywalna. W każdym z leveli ruszamy przed siebie, a raczej wybieramy się na spacer, spotykamy się z bossem, niszczymy go, czeka nas następna plansza – nieco inna kolorystka tła, ale przeciwnicy podobni i schematy te same. Co prawda wraz z rozwojem historii dochodzą utrudnienia, jak choćby elementy platformowe, jednak nie wpływa to znacząco na jakość rozgrywki. Osobiście uważam jednak, że najbardziej uciążliwa jest największa wada tytułu – sterowanie, a szczególnie wysokie skoki. Są niezwykle toporne i o ile nie skutkują tak często wpadaniem w przepaść, wciąż przeszkadzają w walce z bossem, gdzie liczy się precyzja.

Tym, co momentalnie daje się zauważyć w grze, jest ogromny humor twórców. Przeciwnicy głównego bohatera stają bezpośrednio do walki, ale także kryją się za krzakami, zrzucają bomby z powietrza i atakują, biegnąc niczym Struś Pędziwiatr z kreskówki. Joe na widok bossa robi minę zbliżoną do bohaterów słynnego Goal 3 po faulu. Również w ekwipunku znajduje się wynalezione przez ludzi pierwotnych koło. Po pokonaniu każdego z bossów do wioski jaskiniowców wraca jedna uratowana kobieta, zaś nasz bohater wykonuje gest podobny do Tarzana.

Grafika jest bardzo ładna i kolorowa. Oprócz wielości elementów budujących klimat, zaobserwować można bogate tła, na których uwzględnione są i chmury, i nieco oddalone rośliny. W etapach, gdzie dominuje krajobraz skalisty, widać pęknięcia w kamieniach. Dość szczegółowo jak na pixel art oddano wygląd ryb. To wszystko sprawia, że do gry przystępuje się z przyjemnością. Intro i outro nie są rozbudowane, ale twórcom udało się inteligentnie nakreślić początek i koniec historii w dwóch scenkach, z których dzisiejsi pasjonaci informatyki zrobiliby GIF-a. Soundtrack nie jest bardzo bogaty, ale przyjemny i – można rzec – adekwatny do otoczenia. Chyba melodia pojawiająca się w czasie walki z bossami najmocniej kojarzy się z epoką kamienia łupanego (albo raczej z wyobrażeniami na jej temat).

Polecam każdemu Joe & Mac, ponieważ jest to bardzo przyjemna, uczciwie wykonana produkcja. Jak tylko uda się Wam przywyknąć do sterowania, z pewnością będzie bawić przez długi czas. Sama rozgrywka jest stosunkowo krótka, na spokojnie można ją ukończyć w mniej niż pół godziny, ale multiplayer i możliwość punktowej rywalizacji wydłuża jej żywotność. Absolutny must have dla fanów historii oraz graczy, którzy potrafią podejść do fabuły w grze z przymrużeniem oka.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz