Life Force

Na NES-ie pojawiło się sporo gier, które można sklasyfikować jako „kosmiczną strzelankę”. Najczęściej przejmujemy wówczas stery nad jakimś statkiem i prujemy przed siebie, zabijając hordy wrogów i zbierając coraz ciekawsze power upy. Wśród produkcji tego typu zdarzały się oczywiście crapy, ale i całkiem ciekawe tytuły, do których warto wrócić nawet po latach. Jednym z nich jest choćby Life Force, znane w Japonii pod tytułem Salamander, które w Europie pojawiło się w 1989 roku, zaś na świecie dwa lata wcześniej, za sprawą firmy Konami.

Life Force nie jest grą całkowicie oryginalną. To spin-off innej, bardzo dobrze znanej gry Gradius. Tym razem otrzymujemy sześć misji, gdzie poruszamy się, w zależności od levelu, poziomo lub pionowo. Głównym celem jest dotarcie do potwora, Zelosa, który zamierza zniszczyć galaktykę, zaś my, stateczek Vic Viper, nie chcemy do tego dopuścić. Co ciekawe, można grać z drugim graczem równocześnie! W końcu porządna strzelanka, gdzie nie zmieniamy się po porażce, ale razem możemy ratować świat, a nawet galaktykę.

Jak już padło, naszym zadaniem jest kierowanie statkiem kosmicznym. Lecąc przed siebie w bliżej niezidentyfikowanym miejscu, pokonujemy futurystycznych wrogów oraz umykamy spod zmniejszającej się planszy. Zetknięcie z wrogiem lub sufitem/podłożem kończy się śmiercią. Początkowo mamy „zwykłe” strzelanie, czyli możliwość ataku jakimś karabinkiem, wyłącznie przed siebie, jednak ubici przeciwnicy pozostawiają specjalne przedmioty. Zbieranie ich działa na zasadzie późniejszego Wacky Races – interfejs u dołu ekranu informuje nas, na którym slocie znajdujemy się w danej chwili i to od nas zależy, czy wykorzystamy znajdźki właśnie na tej konkretnej broni, czy dopiero później, gdy trafi nam się coś ciekawszego. Co ciekawe, części broni można używać równocześnie po ponownym nazbieraniu power upów bez uprzedniej straty życia – tylko niektóre się wykluczają.

Naprawdę warto załatwiać wszystko co się rusza, bo dodatkowe strzelanie mocno uskutecznia nasze działania. Czasem będziemy mogli nie tylko atakować tych, którzy znajdują się na wprost nas, ale i wypuszczać rakiety do góry i dołu ekranu, innym razem skorzystamy z opcji, by obok naszego działka znalazło się kilka mniejszych i uderzały większą falą, będziemy mogli atakować czymś w rodzaju dymku puszczanego z lufy. Oczywiście po każdej stracie życia wracamy do standardowego strzelania, ale za to odradzamy się dokładnie w tym miejscu, w którym zginęliśmy, bez zbierania checkpointów na trasie.

Oprócz zwykłych wrogów czekających nas na trasie – latających dziwnych przedmiotów/obiektów, wyrastających kończyn ze ścian czy niewielkich pojazdów – będziemy także walczyć z bossami. Co prawda same pojedynki nie będą jakoś bardziej wymagające niż levele, jednak twórcy postarali się o to, by były różnorodne i ciekawie zaprojektowane. Na początek wprowadzono chyba najdziwniejszy twór – mózg z okiem oddający do nas strzały, a z czasem było tylko oryginalniej – czaszka z wytrzeszczem, smok i inne atrakcje. O ostatnim szefie nie wspominając – podobnie jak w Contrze czuć mocne uderzenia.

Graficznie wygląda to całkiem nieźle. Jak tylko zaczęłam grę, momentalnie nasunęły mi się skojarzenia z niektórymi levelami wspomnianej przed momentem Contry – widać, że ten sam twórca ma podobne patenty. Nie traktuję tego jako zarzutu względem młodszej produkcji czy wytknięcia wtórności panów z Konami. Jeśli coś jest dobre, po co to zmieniać? Zarzutem na pewno będzie czarne tło w czasie walk z bossami. O ile można to tłumaczyć większą czytelnością starcia, tak jednak twórcy mogliby chociaż lokować szefów w niewielkiej, ale w pewien sposób otwartej przestrzeni.

Niewątpliwie Life Force jest wyzwaniem, ale po kilku próbach i ogarnięciu działek możemy jej się sprawnie nauczyć. Nadal nie da się w to grać z zamkniętymi oczami, ale przeprawy będą dużo sprawniejsze, może i bez straty życia. Co istotne, tytuł przez cały czas trzyma równy poziom, a że sprawia dużo satysfakcji regrywalność również jest spora. Kolejny dowód na to, że jak Konami się za coś bierze, rzadko wychodzi z tego bubel.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz