Lode Runner

O popularności konkretnej gry, oprócz sprzedanych egzemplarzy, świadczą także pojawienie się na wielu konsolach oraz wszelkiej maści kontynuacje i remastery. Owszem, często jest to próba zbicia pieniędzy na tytule, jednak skoro ktoś go kupuje, musi mieć pewien popyt. Co ważne, nie zawsze dzieje się tak z grami z najwyższej półki, wystarczy, że prosta mechanika się sprawdza i już można tworzyć nowe levele lub inne ulepszenia. Lode Runner po raz pierwszy trafiło na sklepowe półki w 1983 r., zaś najnowsze wersje, w tym na Switcha, powstały w 2017 r. Przyjrzyjmy się jednak bliżej, bodajże najpopularniejszej wersji, którą znamy ze słynnej pegasusowej składanki z Contrą, czyli edycji wydanej w Stanach w 1987 r. na NES-a.

Gra nie ma żadnej konkretnej fabuły, zaś jej celu domyślamy się prędko sami. Niepozornie wyglądający gość, przypominający tego z Balloon Fight w wersji bez balonów, kradnie/pożycza złoto znajdujące się na planszy. Tyle tylko, że towarzyszą mu przeciwnicy, którzy nie godzą się na taki rabunek w biały dzień (równocześnie sami zawijają, ile się da). W związku z tym nasz protagonista musi przed nimi uciekać. Teoretycznie nie jest to łatwe, gdyż wspomniane ścigające nas ludki, kojarzące się z kolei z Bombermanem, są nieco szybsze od gracza. Jest na to jednak pewien patent. Możemy niszczyć kawałki powierzchni, która znajduje się po naszym dolnym skosie. Jeżeli biegnie za nami przeciwnik, przyciskiem akcji pozbywamy się podłoża, zaś on wpada w dziurę, często zostawiając złoto przy okazji. Kiedy powierzchnia się zrasta, nowy „Bomberman” zjawia się na planszy. Musimy jednak uważać, żeby samemu nie wpaść do dziury, gdyż dla nas także kończy się to zgonem – nawet nie chcę liczyć, ile razy mi się to przytrafiło. Niestety, prawdziwym okazuje się porzekadło, że kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.

Kiedy następuje ten cudowny moment i zerujemy całe złoto z planszy, towarzyszy temu charakterystyczna melodia. Jest to dla nas sygnał, że nie ma czego tu szukać i trzeba zmierzać do następnego levelu. Teraz należy dojść do drabiny, która sięga poza ekran, wspiąć się po niej i obejrzeć podsumowanie oraz punktację naszych poczynań. Następnie historia się powtarza. Najazd kamery na całą planszę i uciekanie przed Bombermanami. Aby zachować rajcowność gry, każdy kolejny level ma pewne utrudnienia. Pojawiają się elementy, których nie da się zniszczyć, przez co przeciwnicy mogą łatwiej nas dopaść, sekwencje chodzenia po linie, gdzie również przez dłuższy czas nie możemy niszczyć pod sobą ziemi, ale też złoto znajduje się głębiej niż dotychczas. Te cechy powodują, że gra staje się prawdziwym wyzwaniem. Niestety na minus zaliczyć trzeba w tym miejscu pracę kamery. Często będąc na prawym skraju planszy odbijałam w lewo, ale widok nie sprawiał, że moja postać była na środku. Wyprzedzała ona nieco kamerę, co powodowało czasem zbyt szybkie spotkanie z przeciwnikiem, kiedy było już za późno na obmyślenie taktyki.

Bardzo fajnym bajerem jest opcja tworzenia własnych plansz. Przyznaję, że jak byłam gamingowym leserem, służył mi wyłącznie do upraszczania sobie rozgrywki, ponieważ przeciwników trzymałam w zamknięciu, zaś sobie tworzyłam prostą planszę, aby bez problemu zdobyć hajs i dostać się do upragnionej drabiny (podobnie w Battle Tank, kiedy otaczałam orzełka niezniszczalną ścianą). Jeśli jednak ktoś ma w sobie żyłkę do architektury a odrzucają go Simsy, może popróbować właśnie tutaj. Szczególnie że edytor jest przyjemny, opcji tworzenia trochę posiada, więc każdy domorosły projektant znajdzie coś dla siebie. Oczywiście twórcy i tak zapewnili nam sporo własnych leveli, niemniej wiadomo, że własne bardziej cieszy.

Oprawa audio-wideo jest w porządku, choć szału nie ma. Animacje przejdą, mimo tego, że nasi bohaterowie wyglądają podobnie do typków z innych NES-owych gier. Śmiesznie wygląda protagonista, który zeskakuje z dużej wysokości. Rusza rękami, jakby miał zaraz wzbić się w powietrze lub zamortyzować upadek. Ciekawie prezentuje się przechodzenie po głowie innych postaci. Co do dźwięków, są infantylne, ale za to motyw przewodni wzbudza poczucie czającego się zagrożenia ze strony „złych Bombermanów”, więc daje radę i na dłuższą metę nie wkurza, a to już coś!

Lode Runner jest grą bardzo fajną, choć nie prezentuje żadnych fajerwerków graficznych. Najlepiej grać z kimś i wzajemnie się dopingować. Jakoś mnie osobiście zawsze stresowała bliskość przeciwników, jednak równocześnie uczyła obierania konkretnej taktyki oraz szybkiego reagowania. To nie jest tytuł, gdzie się prze w zaparte. Słabo wypada kamera, jednak produkt godny jest polecenia, gdyż jego żywotność wydłuża opcja własnych leveli. Warto!

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz