Naruto: Ninja Council

Swego czasu, podobnie jak spora część miłośników japońskiej popkultury w naszym kraju, byłem fanem mangi Naruto. Przygody młodego wojownika ninja, zanim stały się karykaturą samych siebie (nie jest to moja opinia – nie dotrwałem do końca), pozwoliły spłodzić grubo ponad 60 gier różnych gatunków. Sama tylko seria Ninja Council, której pierwsza odsłona jest przedmiotem tej recenzji, to osiem tytułów na GBA, NDS-a i 3DS-a.

Naruto: Ninja Council posiada trzy tryby, w zasadzie nie różniące się specjalnie od siebie. Wykonując serię misji rozmieszczonych na jednokierunkowej mapie będziemy śledzić dość luźną interpretację fabuły pierwowzoru. Na ile jestem w stanie to ocenić, scenariusz bazuje na wymieszanych fragmentach z arców Land of Waves oraz Chūnin Exams, lekko zahacza chyba także o Konoha Crush. To w zasadzie wszystko, co można powiedzieć o historii będącej jedynie pretekstem do przechodzenia kolejnych plansz. Liczba dialogów została ograniczona do minimum – tekst na ekranie pojawia się prawie wyłącznie w formie samouczka (Kakashi) lub krótkich wstawek przed walką z bossem.

Gra to dość popularne połączenie platformówki i beat ’em upa. Z uwagi na sporą liczbę takich czynności jak bieganie po ścianach, przeciskanie się przez niskie korytarze czy odblokowywanie drogi przy pomocy technik ninja, raczej zakwalifikowałbym ją do pierwszej kategorii, choć element mordobicia jest prawie tak samo ważny. Schemat wszystkich misji jest podobny – przejść planszę z punktu A do B i pokonać na końcu bossa. Różnorodnych przeciwników będziemy mogli obezwładnić nie tylko seriami ciosów wręcz, ale również specjalnymi dla każdej z postaci technikami jutsu (do wyboru mamy bowiem Sasuke albo Naruto) lub przedmiotami miotanymi, takimi jak shurikeny. Największą wadą tej produkcji są ogromne problemy z płynnością sterowania. Postacie poruszają się za szybko i największa liczba śmierci czeka nas nie z rąk wroga, ale dlatego, że bohater nie wyhamował przed przepaścią. Część przeciwników jest ponad miarę złośliwa, a bossowie (z może dwoma wyjątkami) banalni do bólu.

Graficznie produkcja prezentuje się całkiem nieźle, choć postaciom z pewnością brakuje jeszcze nieco dopracowania (pokazała to druga odsłona gry). Plansze są dość różnorodne (każda seria poziomów w ramach jednej misji ma swój motyw przewodni) i wypełnione szczegółami oraz sekretami, co jest zdecydowanym atutem Ninja Council. Przy pomocy zebranych zwojów możemy zresztą oddziaływać na otoczenie – tworzyć doły, palić drzewa lub gasić płomienie. Muzyka to absolutny standard. Bez większego polotu, ale i znaczących wpadek.

Gdyby poprawić nieco mechanikę poruszania się postacią i zróżnicować zachowanie bossów podczas walki, gra stałaby się solidnym tytułem na styku beat ’em upa i platformówki. O tym, że jest to możliwe, świadczy jej kontynuacja wydana także na GBA. W swoim obecnym kształcie, Naruto: Ninja Council to jedynie średniak dla miłośników blond ninjy.

Michał „Michu” Wysocki

Dodaj komentarz