One Way Heroics

Gry z gatunku jRPG już od dawna przestały się kojarzyć wyłącznie z konsolami, zwłaszcza tymi rodem z Azji. Od wielu lat dokonuję ekspansji na komputery osobiste i sprzęty Microsoftu. Twórcy cały czas starają się szaleć z gatunkami, żeby zapewnić graczom jak największą różnorodność doznań. Dzięki temu trafiają do szerszej rzeszy odbiorców. Przyznaję, że sama rzadko sięgam po tytuły, w których występuje permadeath, jednak dla wydanego w 2013 r. przez AGM Playism One Way Heroics zrobiłam wyjątek.

Trafiłam na tę grę przypadkiem, kupując w niewielkiej paczce na Humble Bundle na peceta. Screeny bardzo mnie zachęciły, gdyż przywiodły mi na myśl japońskie RPG-i na konsole 8- i 16-bitowe. Cała gra posiada niewielki rozmiar i da się ją odtworzyć nawet na starszych sprzętach. Na początek tworzymy swoją postać, wybieramy jej imię, płeć oraz trzy dowolne cechy, chociażby inteligencję, charyzmę, siłę czy wytrzymałość. Nasze możliwości twórcze szybko się kończą, jednak wraz z kolejnymi podejściami do gry możemy uzyskać coraz więcej wymiennych punktów i rozwijać naszą postać.

Gdy już uporamy się ze stworzeniem naszego alter ego, wybieramy jedną z dostępnych opcji rozgrywki. Początkujący mogą czuć się o tyle bezpieczni, że na wczesnym etapie gry nie dopadnie ich jakieś zabójcze monstrum, z kolei bardziej doświadczeni dopuszczają w grze pełną losowość. Po wyborze trybu otrzymujemy krótką pogadankę z królem, który to obliguje nas do ruszenia w trasę. Pewnie nieraz w grach widzieliście motyw zabójczej mgły, w której są potwory. Tutaj wspomniana zabójczość jest dosłowna, ponieważ plansza nas „goni” i giniemy, kiedy uda się jej do nas dotrzeć. Tyle tylko, że funkcję mgły pełni ciemność.

Co wobec tego robimy na planszy? Czeka nas cała masa aktywności. Uciekamy przed ekranem, zbieramy łupy oraz skarby znajdujące się w dużych skrzyniach, możemy wspinać się na góry oraz walczyć z podrzędnymi przeciwnikami. O ile jednak pokonanie jednego nie jest jakimś wielkim wyczynem, tak już atak dwójki najpewniej nas wyzeruje, przynajmniej na początku rozgrywki. Wszelkie walki odbywają się w czasie rzeczywistym, a nasi rywale potrafią przejść za nami kawał planszy, często doganiając nas. Co kilka kroków otrzymujemy dodatkowe punkty życia, ale także musimy pilnować sił naszego bohatera. Kiedy za bardzo się zmęczy, nie może dalej iść, więc trzeba go nieco podkarmić.

Wielość opcji na początku jest dość przytłaczająca. Wbrew pozorom, otrzymujemy całkiem sporo swobody, nieco ekwipunku, a zanim wszystko ogarniemy, trochę wody w Wiśle upłynie. Jak wspomniałam, będziemy często zgonować, jednak w myśl zasady, że co nas (nie) zabije, to nas wzmocni. Po śmierci otrzymujemy ranking danej rundy, informacje o jakości naszej walki i zbieractwa. Podobnie jak w serii Metal Gear są to oceny od A do D, nie ma się co dziwić, że często będą to właśnie te ostatnie, przynajmniej dopóki nie dojdziemy do wprawy.

Kolejną trudnością w grze jest niewielka ilość itemków, które zdobywamy po drodze. Punkty życia regularnie się uzupełniają, ale już energia wymaga wrzucenia czegoś na ruszt. Tyle tylko, że o zdobycie pożywienia jest bardzo trudno, pamiętając o tym, że stale musimy być czujni i unikać hord harpii, bandytów i Bóg wie, czego jeszcze. Przydałyby się częstsze sakiewki na trasie lub przedmioty porzucane przez ubitych wrogów, miałoby się większą motywację do tego, by nie uciekać przed nimi na okrągło.

O ile niektóre momenty gry faktycznie są kłopotliwe, tak powtarzanie tych samych etapów aż tak nie irytuje, gdyż grafika jest dość ładna. Owszem, dotyczy to przede wszystkim postaci, im dalej uciekamy przed ciemnością, tym jakoś to brzydziej wygląda, jednak zważywszy na to, że nasze początkowe wojaże nie będą szczególnie dalekie, należy grę pochwalić za sferę wizualną. Do tego dochodzi pozapikselowy element, czyli nasza wróżka strzelająca nam kazanie po zgonie, postać jest podobnie animowana jak choćby w opisywanym jakiś czas temu Wild Arms XF. Muzyka jest. Jak się komuś jakiś kawałek spodoba, może przeczytać w dymku wykonawcę i tytuł.

Generalnie mam ambiwalentny stosunek do tej produkcji. Lubię gry, w których szybko widzę progres, a tutaj sukces nie nadchodzi od razu. Myślę, że można ją polecić bardziej wymagającym graczom, to oni będą czerpać z niej największą przyjemność. Sporo przedmiotów i ekwipunku do użytku, zróżnicowani przeciwnicy, nieco słabsza fabuła, ale permadeath pełną gębą. Wyrwałam grę za dolca i nie żałuję tej inwestycji, ale w przypadku zapłacenia wyższej ceny, można odczuć pewien dyskomfort.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz