Pokémon Ruby/Sapphire/Emerald

O Pokémonach – praktycznie niemożliwym do kompleksowego opisania zjawisku społecznym – powiedziano już wszystko. Pierwsza generacja tych specyficznych erpegów zatrzęsła Game Boy’em, druga stała się pokazową marką Game Boy’a Color, a trzecia rozbiła bank GBA. Wersje Ruby/Sapphire/Emerald stały się najchętniej kupowanymi grami tej konsoli. To najlepiej wykonane części serii, która od czwartej generacji stawała się coraz bardziej skomplikowana, a przez to, w moim odczuciu, coraz mniej grywalna.

Przygodę zaczynamy od wyboru płci głównego bohatera – to ważne, ponieważ w zależności od podjętej decyzji będziemy zupełnie innymi postaciami, z odmienną rodziną, historią osobistą i miejscem zamieszkania. Trzon rozgrywki jest ten sam co w innych częściach – walczymy z kolejnymi liderami, by w końcu wziąć szturmem Ligę Pokémon. W międzyczasie ratujemy świat przed głupimi pomysłami jednej z drużyn (Team Magma lub Team Aqua w zależności od wersji gry), zbieramy HM-y i walczymy ze swoimi rywalami (którzy występują w liczbie mnogiej!).

Nowa generacja to oczywiście 135 nowych stworów do złapania. Co ciekawe, twórcy pierwszy raz urozmaicili startery, które obok standardowych typów (ogień, woda, trawa), mają także swoje sub-typy (odpowiednio: walczący/ziemny/smok). Generalnie nowe poki, chociaż graficznie coraz częściej infantylne, są bardzo różnorodne i obfitują w wiele niespodzianek (przykładowo jeden potrafi zmieniać się w zależności od pogody, inny kopiuje typ swoje przeciwnika). Do tego dochodzi masa pokémonów legendarnych: Regirock, Regice, Registeel, Latias, Latios, Jirachi, Deoxys, Kyogre, Groudon i Rayquaza. Wokół tych trzech ostatnich toczy się zresztą fabuła.

Wersje R/S/E to idealne wyważenie ogromu możliwości z intuicyjnym prowadzeniem swojej drużyny. Twórcy urozmaicając rozgrywkę wprowadzili szereg udoskonaleń, do których przede wszystkim należy zaliczyć umiejętności (coś jak cecha danego rodzaju Pokémona, wpływająca na walkę), naturę (zmniejsza o 10 % jedną cechę, a zwiększa drugą), podwójne walki (łącznie czterech wojowników na planszy, wymaga zupełnie innej strategii), konkursy (wykorzystujące takie cechy jak mądrość, twardość czy piękno) i wstążki, które wspomagają rozwój naszych pupili.

Oczywiście reszta gry również jest rozbudowana – oprócz nowych pokéballi będziemy po całym świecie szukać szeregu różnych berry (jakoś słowo „jagoda” mi tutaj nie pasuje), które możemy zasadzić w przeznaczonych do tego miejscach, podlać i czekać, aż wyrosną nam nowe. Odpoczynkiem od głównego wątku jest także możliwość stworzenia tajnej bazy w jednym z kilkudziesięciu ukrytych obszarów, którą dowolnie umeblujemy. Mamy strefę safari, tryb new game+ – wymaksowanie tego tytułu zajęło mi ponad czterdzieści godzin, co najlepiej świadczy o mocy przyciągania gry do ekranu konsoli.

Trzecia generacja prezentuje się najlepiej ze wszystkich – pixelart zapoczątkowany u poprzedniczek dopieszczono do najmniejszych szczegółów i nie zniszczono go renderingiem, pozowaniem na pseudo-3D oraz wykorzystaniem koszmarnych animacji, które są charakterystyczne dla generacji czwartej i wyższych. R/S/E cieszą oko kolorową (tylko troszeczkę zbyt dziecięcą) grafiką, której wykorzystanie w całej masie projektów fanowskich absolutnie mnie nie dziwi.

W przeciwieństwie do poprzednich części, tym razem wybór między dwoma podstawowymi odsłonami (R/S) i jedną łączoną (Emerald jest odpowiednikiemCrystal dla trzeciej generacji) to nie tylko możliwość złapania kilku innych Pokémonów (wliczając legendę). Jak już wspomniałem wcześniej, wersja gry determinuje to, z jakim zespołem kryminalistów (no dobra, neoekologów) przyjdzie nam się zmierzyć. Na dłuższą metę nie jest to różnica ogromna, ale uzasadnia przynajmniej zakup różnych wersji.

Pokémon Emerald w porównaniu z pozostałą dwójką zostało bardziej rozbudowane, nie tylko fabularnie. Zmiany dotyczą możliwych do złapania poków, składu mistrzów ligi, wprowadzenia zupełnie nowego miejsca o nazwie Battle Frontier czy zamienienia sal z konkursami na namioty do staczania pojedynków. Nowinek jest dużo więcej, co czyni wersję Emerald najbardziej racjonalnym wyborem, jeśli już będziecie musieli jakiegoś dokonać.

Pokémon Ruby/Sapphire/Emerald nie odkrywa Ameryki i raczej nie przekona do siebie osób, które już wcześniej zniechęciły się do gier z Pokémonami w roli głównej. Dla miłośników serii są natomiast pozycją obowiązkową, którą należy przechodzić na wszystkie możliwe sposoby odkrywając coraz to nowe sekrety, zbierając kolejne rzadkie przedmioty i łapiąc jak największą liczbę Pokémonów. Mniej więcej co pół roku podchodzę do tych gier na nowo i mimo tylu lat wciąż mi się nie nudzi.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz