Shadows of Adam

Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że jestem ogromnym miłośnikiem starych (choć może nie – bardzo starych) gier spod znaku piksela i pada. Rozwijający się od wielu lat boom na produkcje retro cieszy mnie więc niezmiernie, dostarczając z każdym rokiem kolejnych, pięknych tytułów do kolekcji. Jednym z nich jest niewątpliwie jRPG Shadows of Adam, które dwa lata temu ujrzało światło dzienne po udanej zbiórce crowdfundingowej.

Gra w niemal każdym aspekcie nawiązuje do klasycznych japońskich gier fabularnych, których najważniejszym przedstawicielem były pierwsze części Final Fantasy. Produkcja przedstawia historię mieszkańców wioski Adam – wojownika Kellana, jego adoptowanej siostry Asrael i znajomego Talona, którzy w trakcie swojej przygody łączą siły z tajemniczym mnichem Curtisem. Wyruszając na poszukiwanie zaginionego ojca Kellana – legendarnego bohatera wojennego Orazio – będą musieli nie tylko poradzić sobie z własną przeszłością i emocjami, ale także zmierzyć się z mroczną mocą, która kiedyś zniszczyła spore fragmenty świata.

Nietrudno w tak zarysowanej fabule doszukać się nawiązań do klasyki gatunku. Stały skład bohaterów złożony z wojownika, maga, mnicha i łotrzyka, ratujący świat przed ludźmi i mocami, które chcą go opanować, to temat przewodni wielu podobnych produkcji. Shadows of Adam wyróżnia się na tym tle całkiem mocno rozbudowanymi postaciami, których retrospekcje i wzajemne relacje napędzają przedstawioną historię. Choć interesujące, stanowi to jednak główną wadę omawianej gry. Twórcy nawiązując do minimalizmu pierwszych jRPG-ów spróbowali jednocześnie stworzyć głębokie tło przedstawionych bohaterów, przez co SoA traci mocno na spójności.

Klimat retro oddano przede wszystkim przez kapitalnie wykonaną oprawę audiowizualną. Graficznie Shadows of Adam to absolutne cudeńko. Różnorodne lokacje, w pełni animowane postacie i elementy otoczenia, nawet potwory i tła w trakcie walki zostały stworzone z dokładnością i smakiem, których próżno szukać w wielu produkcjach o większym budżecie. Nie ma zresztą co się dziwić, w pracach nad grą maczał palce jeden z najciekawszych polskich pixelartystów: -DE-. Ścieżka dźwiękowa, podobnie jak grafika, mocno trzyma się klasycznych motywów konsolowych. Zdziwienie budzi tylko czasami jej dobór – w pierwszej lokacji, która umożliwia nam walkę (The Tangle), umieszczono muzykę tak nieoczekiwaną, że początkowo uznałem to za błąd lub żart.

Truizmem będzie stwierdzenie, że w grach RPG niezmiernie istotna jest walka. Twórcy SoA element ten dopieścili do perfekcji i choć po około 10 godzinach gry miałem już go dość, wciąż uważam pojedynki z potworami za najlepszy fragment produkcji. Turowy system walki oparty na potyczkach z przeciwnikami widocznymi wcześniej na mapie (losowe walki na szczęście odchodzą już powoli w zapomnienie) w sposób kompleksowy wykorzystuje odporności i podatność na różne rodzaje ataków fizycznych i magicznych. Bohaterowie nie posiadają punktów many, ale pulę 100% punktów akcji, która umniejszana jest o konkretne liczby w zależności od wybranej techniki lub czaru. Odnawiać AP możemy eliksirami oraz w walce, przy czym największą regenerację zapewnia wybranie odpowiednika opcji „obrona”. Dzięki takiemu postawieniu sprawy możemy wypracować i stosować różne taktyki walki, dostosowując je do aktualnego przeciwnika.

Dużą zaletą produkcji jest wyważony poziom trudności. Z ręką na sercu, nie licząc samej końcówki gry, ani razu nie odczułem, bym musiał poexpić trochę na boku w celu wzmocnienia drużyny. Walki nie są łatwe, ale dają ogromną frajdę z wygranej gdy odkryjemy, jaka taktyka sprawdzi się najlepiej. Podobnie jest z zagadkami w ramach odwiedzanych lokacji. Legendarne już przesuwanie kamieni czy drobne labirynty bawią, nie irytując stopniem swojego skomplikowania.

Gra posiada całkiem przyjemny dodatek pod nazwą Guild of the Artificers. Umożliwia on korzystanie z trybu New Game+, battle areny, systemu tworzenia artefaktów i czarnego rynku, na którym można kupić potężne przedmioty. Tytułowa gildia znajduje się w jednym z miast, a gracz uzyskuje dodatkowo możliwość zwiedzenia nowej lokacji i walki z nieznanymi wcześniej przeciwnikami. Zwiększeniu uległy także maksymalne poziomy postaci oraz liczba achievementów.

Shadows of Adam to niezbyt długa, pod koniec trochę nużąca laurka dla wszystkich tych gier, w które zagrywaliśmy się w czasach SNES-a. Fantastyczna oprawa audiowizualna i nie najgorsza fabuła z pewnością zapewnią Wam rozrywkę na kilka, maksymalnie kilkanaście godzin zabawy, no chyba że jesteście zapalonymi miłośnikami starych jRPG-ów. W takim przypadku, jedno przejście w trybie NG+ może nie wystarczyć.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz