Summon Night: Swordcraft Story

Game Boy Advance stał się moją ulubioną konsolą z kilku niezależnych od siebie powodów. Jednym z nich był specyficzny styl grafiki, jaki posiadała masa tytułów na tę platformę – nasycony kolorami pixel art w zasadzie bez ditheringu, za to z oszczędną paletą i mocno zaokrąglanymi sprite’ami. W tę kategorię wpisywały się bijatyki (Recca no Honoo: Flame of Recca), platformówki (Dragon Ball: Advanced Adventure) czy beat ’em upy (Star Wars: Episode III – Revenge of the Sith), ale solidną grupę przedstawicieli posiadały także gry fabularne. Do nich właśnie zalicza się wydana na GBA trylogia Summon Night.

Pierwsza część subserii, zatytułowana Swordcraft Story, opowiada historię młodego mieszkańca (wybieramy płeć) Wystern – miasta specjalizującego się w rzemiośle wojennym, rządzonego przez siedmiu Mistrzów Rzemiosła. Kierujemy losami dziecka jednego z tych mistrzów, trzy lata po zaginięciu rodzica. Pozostali władcy postanowili zorganizować turniej, którego zwycięzca zajmie brakujące miejsce w radzie. Szybko okaże się, że sam turniej jest tylko tłem dla dużo bardziej dramatycznych wydarzeń, a zdrada i katastrofy naturalne będą stanowić jedynie mały ich fragment. Choć sama fabuła podzielona jest na 10 dni, w trakcie których trwa turniej, rozgrywka spokojnie może zająć i 50 godzin, jeśli postanowicie stworzyć wszystkie możliwe przedmioty.

To o tyle istotne, że mechanika tego RPG-a sprowadza się w zasadzie do poszukiwania materiałów po rozległych lochach pod miastem, a następnie tworzenia z nich w swoim warsztacie broni, którą będziemy mogli wykorzystać w walce. Nowe schematy broni zdobywamy wraz z rozwojem fabuły, od naszego nauczyciela, pokonując innych rzemieślników w walce lub wykonując szereg istniejących w grze side-questów. To właśnie radość płynąca z łażenia po podziemiach i wypływające z tego profity tak mocno wydłużają grę.

Sama walka przybiera charakter mocno zręcznościowy. Nasza postać może założyć do trzech broni jednocześnie, które swobodnie zmieniany w trakcie potyczki (wyjątkiem są pojedynki turniejowe, w których można korzystać tylko z jednego oręża). Jeden slot przeznaczony jest na dodatkowy ekwipunek, taki jak obuwie czy amulety. Pomaga nam przyzwana z obcego wymiaru bestia – razem z nami zdobywa levele i uczy się dodatkowych zaklęć, które mogą polegać na przykład na leczeniu, zwiększeniu naszych statystyk (atak, obrona, szybkość), albo bezpośrednim atakowaniu wrogów. Przed walką można wybrać maksymalnie 4 różne zaklęcia.

Choć Summon Night: Swordcraft Story nie jest jeszcze tak piękne, jak jego następcy, zaimplementowana grafika już pokazuje kierunek, którym podąży seria. Grafiki postaci, ich wizerunki, animowane potwory, wreszcie najróżniejsze lokacje – wszystko zostało narysowane w charakterystycznym dla GBA stylu i palecie, nie do podrobienia przez inne tytuły. Jeśli dodać jeszcze do tego znakomitą oprawę dźwiękową, otrzymamy prawdopodobnie jedną z dziesięciu, może piętnastu najsolidniej przygotowanych gier na tę konsolę.

Oprócz swojej powtarzalności w zakresie poszukiwania i wykorzystywania materiałów, produkcja nie posiada w zasadzie żadnych poważniejszych mankamentów. Bardzo dobrze, że właściciele praw do serii poszli w innym kierunku, niż główne tytuły Summon Night, będące w zasadzie taktycznymi RPG-ami. Dzięki temu Game Boy Advance doczekał się gier, które stanowią wzór tego, do czego ta konsola została stworzona!

Michał „Michu” Wysocki

Dodaj komentarz