Teenage Mutant Ninja Turtles II: Arcade Game

Jaki jest najprostszy sposób, by zachęcić potencjalnych graczy do kupna swojego nowego tytułu? Można powołać się na twórców, producenta, skorzystać z chwytliwej nazwy lub po prostu stworzyć grę na bazie jakiejś historii znanej nieco szerzej w popkulturze. Z jednej strony ta ostatnia opcja wydaje się być drogą po linii najmniejszego oporu, ale też z drugiej – wymaga sporych nakładów finansowych na zakup licencji oraz dodaje presję na autorów, aby sprostać oczekiwaniom graczy niedzielnych i tych bardziej hardkorowych. Wiele z takich produkcji okazuje się crapami, gdyż zaślepieni fani i tak je kupią, ale ja chciałabym przedstawić beat ’em upa na NES-a, który przeczy powyższej tezie i bazuje na historii Zmutowanych Nastoletnich Żółwi Ninja (które pojawiały się już na naszej stronie).

Jak mawia jeden z polskich raperów, druga zwrotka, bo zawsze chciałem zacząć od środka, tak też i ja rozpoczęłam prezentację NES-owej trylogii (pomijam w tym zestawieniu kompletnie inną gatunkowo grę, Teenage Mutant Ninja Turtles: Tournament Fighters) właśnie od drugiej części. Nie ma w tym w sumie żadnego ukrytego celu, po prostu z tą częścią spędzałam najwięcej czasu. Nasze kochane żółwiki muszą zmierzyć się z faktem, że została porwana ich przyjaciółka, Kwiecień (April, rzecz jasna), a także szef. Czeka nas w związku z tym klasyczne ratowanie kobiety i szczura w opałach. Skąd o tym wiemy? Ze świetnych scenek pomiędzy levelami, które przedstawiają nam fabułę. Zaczynając jednak od początku, do wyboru mamy jednego z czterech bohaterów. Jest to zasadnicza różnica względem części pierwszej, gdzie w dowolnym momencie mogliśmy się zmieniać między Leo, Donatello, Michel Angelo i Rafaello. Wbrew pozorom, nasz wybór ma znaczenie, gdyż, nieznacznie bo nieznacznie, ale różnią się oni jakością i zasięgiem ataków. Jest to na tyle zrównoważone, że poziom trudności nie zmienia się w zależności od żółwia, którym sterujemy, raczej odpowiada preferencjom gracza.

Z reguły podążamy ze strony lewej do prawej, ale jak na porządny beat ’em up przystało, możemy chodzić czasem również w górę i w dół. Na trasie kolejnych leveli czeka nas sporo atrakcji. Przeciwnicy z reguły różnią się tylko kolorem, jednak ich barwa odpowiada za umiejętność jaką posiadają. Niektórzy będą nas atakować tylko ciosami i kopniakami, inni mają bumerangi, młoty, pistolety, latające sztylety, z czasem też petardy oraz bomby noszone nad głową(!), naprawdę jest tego mnóstwo. Fajnie sprawdza się to, że na planszy jest sporo elementów, których można użyć w walce lub z których gra korzysta: wrogowie wyskakują z okien, możemy kogoś uderzyć znakiem drogowym. Przez pewien czas nasz żółwik przerzuca się na grindowanie, bowiem pojawia się sekcja na deskorolce. Mechanika jest w porządku, czuć, że to my sterujemy postacią, z reguły łatwo też wycelować w przeciwnika, choć pewnym utrapieniem są wszelkie latające ustrojstwa. Niestety odczuwalne jest to, że przeciwników jest za dużo. Niby tylko trzech na jednym ekranie, ale po pozbyciu się któregoś, przybywa kolejny.

W nazwie gry mamy dodany podtytuł Arcade Game. Omawiany szpil jest bowiem konwersją, jednak nieco ulepszoną. Wydłużono i dodano nowe poziomy, w tym levele ze śniegiem, ale też dołączono ówczesne lokowanie produktu. Nasze żółwiki przechodzą obok banerów restauracji Pizza Hut, choć w tym wypadku jest to o tyle adekwatne, że uwielbiają one ten niezdrowy przysmak. Znalezienie gdzieś kawałka pizzy dodaje nam zdrowia. No właśnie, na początku gry mamy określoną liczbę żyć oraz coś w rodzaju paska HP. Kilka uderzeń osłabia nas, zaś zupełne wyzerowanie sprawia, że nasz gad ma gwiazdki nad głową i zaczyna w tym samym miejscu, w którym został znokautowany. Gra posiada jeszcze inne fajne smaczki. Zdarza się, że któryś z naszych bohaterów wpadnie do kanału i nim się z niego wydostanie, pojawia się nad jego głową dymek z tekstem „kto zgasił światło?”. Jakoś mocniej kojarzyły mi się te motywy z Looney Tunes, ale tutaj też wypada bardzo naturalnie.

Kilka słów na temat multiplayera. Pojawia się on w takiej formie, jaką lubię najbardziej, czyli dwóch graczy na jednej planszy. Zdecydowanie łatwiej pokonywać hordy wrogów, gdy mamy kogoś jeszcze po swojej stronie, zwłaszcza gdy antagoniści trzymają naszego żółwika. Jeżeli ktoś ma w sobie potrzebę rywalizacji, może konkurować z kompanem o to, kto zabije większą liczbę przeciwników, która wyświetlana jest obok imienia żółwia. Opcja jak najbardziej na plus.

Grafika jest w grze bardzo ładna. Co prawda autorzy poszli na pewne uproszczenie – pomijając bossów, praktycznie wszyscy nasi przeciwnicy różnią się wyłącznie kolorami – aczkolwiek poza tym, jest tylko dobrze. Żółwie są duże, mają kilka animacji, ciosy zwykłe, specjalne, kopniak z powietrza. Sympatyczne jest także to, że kiedy nimi nie ruszamy, zawsze ich pyszczek zwrócony jest w naszą stronę. Mam wrażenie, że dodane levele są ładniejsze niż te, które przeniesiono z innego sprzętu. Stąd chyba na piedestał wybija się wspomniany wcześniej level zimowy. Spora część gry odbywa się na ulicy, drodze, jednak i tutaj pozwolono sobie na różnorodność: pojawiają się samochody, leżące opony, dziury. Naprawdę świetna sprawa. Za to motyw przewodni wbija się w ucho, w odróżnieniu od innych melodii. Są jakieś takie niezapamiętywalne. Samo udźwiękowienie prezentuje się nieźle, słychać choćby nunczako naszego bohatera.

Sięgając po licencje twórcy mają pewność, że nawet gdy ich produkt okaże się średni, znajdzie sporo nabywców wśród fanbojów. Nie można tego zarzutu skierować do Konami, gdyż większość gier, które wydali na NES-a (i nie tylko) to prawdziwe przeboje. Nie inaczej jest z drugą częścią żółwi. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom tego uniwersum. Odstraszać może dość wysoki, przynajmniej dla mnie, poziom trudności, ale jest takie powiedzenie, że trening czyni mistrza, zaś do trenowania w tej pozycji nie będzie trzeba zachęcać kogoś, kto choć na chwilę po nią sięgnie.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz