The Powerpuff Girls: Paint the Townsville Green

Nie tak dawno temu narzekałem na sterowanie w beat ’em upie poświęconym X-Menom. Wydawało mi się, że minie sporo czasu, nim trafię na coś równie irytującego, ale życie szybko zweryfikowało moje obawy. Nie minął tydzień, a w moje ręce trafiła gra The Powerpuff Girls: Paint the Townsville Green, będąca drugą odsłoną serii platformówek na GBC z Atomówkami w roli głównej. Już pierwsze minuty utwierdziły mnie w przekonaniu, że tytuł ten przeznaczony jest tylko dla absolutnych masochistów.

W przeciwieństwie do części pierwszej, tym razem kierujemy Brawurką (ang. Buttercup), której zadanie polega na powstrzymaniu Bandy Gangreniaków przed zdemolowaniem Townswille. Gra podzielona jest na kilka plansz, które kończą się walką z jednym z członków zielonej ekipy. Pomiędzy rozwałką (choć jest to platformówka, posiada przy mocnym przymrużeniu oczu, elementy beat ’em upa) czekają nas krótkie i naiwne dialogi. Całość nie zajmie dłużej niż godzina z lekkim hakiem.

Nasza Atomówka potrafi latać i jest to najbardziej skopane latanie, jakie zdarzyło mi się od lat uskuteczniać. Postać szaleńczo przyspiesza, nie da się nią prawidłowo sterować, moc potrzebna do wzniesienia się w powietrze szybko znika, a w locie bardzo trudno jest celnie zadawać ciosy. Ten ostatni element pojawia się zresztą na lądzie – wydaje mi się, że programiści skopali obliczenia, bo zakres trafiania w przeciwników jest bardzo dziwny. Tej niedopracowanej i siermiężnej produkcji nie ratuje nawet motyw maksowania plansz (w menu widzimy procent ukończenia danego etapu) oraz zbieranie kart kolekcjonerskich, którymi możemy się wymieniać z innymi za pomocą kabla. W tak dynamicznych grach gameplay powinien być najbardziej dopracowany, a mam wrażenie, że poświęcono na niego najmniej czasu.

Graficznie Paint the Townsville Green również nie prezentuje się szczególnie dobrze. Oprawa przypomina raczej mroczne czasy NES-a, a nie tytuł wydany rok przed premierą Game Boy’a Advance(!). Postacie są kanciaste i kiepsko pokolorowane, podobnie jak generyczne i skąpe w szczegóły plansze. Jedynie kolekcjonerskie karty zasługuję na słowa uznania – pokazują zresztą, że gdyby twórcy się przyłożyli, cała gra mogłaby wyglądać dużo lepiej. Z szacunku do czytelników i siebie pominę ścieżkę audio.

The Powerpuff Girls: Paint the Townsville Green jest niestety kolejnym przykładem tego, że egranizacje znanych seriali animowanych przez sam fakt swojego istnienia nie stają się ciekawymi tytułami. Łatwa kasa, która często jest powodem powstania takiej produkcji, przeważa nad elementarnymi zasadami przyzwoitości wobec miłośników pierwowzoru i graczy. Szczerze odradzam.

Michał „Michu” Wysocki

Dodaj komentarz