Time Lord

Kiedy myślę o grach, w których istotny był element przenoszenia się w czasie, na myśl przychodzą mi seria Chrono oraz Life is Strange. Choć sam pomysł nie wydaje mi się odkrywczy czy pasjonujący, uwielbiam te tytuły. Kolejnym, który także mocno zapadł mi w pamięć, jest wydany na początku lat 90. przez Rare (to twórcy Battletoads, więc łatwo się domyślicie, jaki będzie poziom trudności) Time Lord na konsolę NES. Sam tytuł wskazuje na to, że nasz bohater, by osiągnąć swój cel, będzie musiał panować nad czasem.

Celem rozgrywki jest, a jakże, uratowanie świata przed zbliżającą się zagładą. W 2999 roku obce siły zaatakowały Ziemię. Udało im się skorzystać z wehikułu czasu, który umożliwia im zmianę przeszłości. Jak wierzą, ma im to pomóc w walce z ludzkością. Tymczasem gracz ma zgoła odmienny cel. Również musi dotrzeć do miejsc, które pragną podbić kosmici, zaś tam pokonać ma bossa i zebrać pięć kul (ładują wehikuł). Część z nich znajduje się w łatwo dostępnych miejscach i z daleka rzuca się graczowi w oczy, inne z kolei wymagają większej wnikliwości i spostrzegawczości. Aby zdobyć większość z nich należy dobrze zbadać teren i użyć sprytu. Czasem trzeba zebrać odpowiednią ilość grzybów, by pojawiła się kula, innym razem umiejętnie podskoczyć wzwyż. Rzadko kiedy dostanie się kulę „za darmo”.

Jak przystało na grę ze słowem „time” w tytule, naszego bohatera ogranicza czas. Nie można sobie pozwolić na swobodną eksplorację wiedząc, że zegar tyka. W przeciwieństwie do wielu innych gier, w których upływ czasu zabija naszą postać, w Time Lord ma to uzasadnienie fabularne. Pan Czasu musi uporać się z obcymi siłami w ciągu ichnich 3 tys. lat, gdzie jeden dzień to sześć sekund. Dlatego też zbytnia opieszałość sprawi, że kosmici osiągną swój cel i zawładną ludzkością.

Gra opiera się na eksploracji i walce. Nie jest to typowe parcie w prawo, pod względem poruszania się przypomina trochę Double Dragon, choć do przejścia na dalszą stronę planszy nie wymaga ubicia wszystkich wrogów. Nasz heros atakuje gołymi pięściami (i obutymi stopami), ale z czasem może zdobyć broń białą lub palną, w zależności od miejsca, do którego trafia po cofnięciu czasu. Przeciwnicy nie są trudni do pokonania, najczęściej padają po jednym ciosie, zwykle też zdają się pasować do miejsca, w którym walczymy (rycerze w okolicach zamku, żołnierze w czasach wojennych). Dopiero boss jest bardziej wymagający, ale jak najbardziej do przejścia, nawet dla casuala. Zresztą, co już padło, trudność gry nie polega na walce, ale właśnie na szybkim i efektywnym działaniu.

Levele są ciekawie zbudowane. Oddają klimat czasu i miejsc, w których się znajdujemy. Szczególnie przypadła mi do gustu lokacja w stylu westernu. I kolorystyka, i wszelkie inne elementy są niezwykle dokładne jak na tytuł na NES-a. Saloon, związane kopy siana, beczki. W wielu grach, niekoniecznie bezpośrednio nawiązujących do Dzikiego Zachodu, pojawiają się levele w takim stylu (choćby Kamen no Ninja Hanamaru), ale ten jest chyba najdokładniejszy. O ile jednak w całej grze tła i scenerie są dopracowane, same postaci wydają się ubogie. Nasz bohater zdaje się być cały czas na coś wkurzony, zaś jego twarz, widniejąca przy ilości żyć, nijak się ma do tej, którą w rzeczywistości posiada, podobnie jak fryzura. Niby bzdet, ale jakoś tak kontrastuje z resztą otoczenia.

Muzyka jest w porządku, powstało wiele lepszych soundtracków na NES-a, ale też nie ma specjalnie na co narzekać. Bardzo podoba mi się utwór z samego początku gry – zamku w Anglii – i to raczej jedyny kawałek, który rozpoznałabym bez patrzenia w ekran. Pozostałe nie są szczególnie irytujące, ale też nie przywodzą na myśl przygód Pana Czasu, ani nie ma się ochoty odpalenia ich w wolnej chwili. Co do pozostałych dźwięków, słychać wszelkie ataki naszego bohatera, inaczej brzmi cios, strzał, czy cięcie mieczem.

Time Lord to gra ciekawa i dość innowacyjna, jeśli chodzi o samą fabułę. Nie jest to pierwsze ani ostatnie ratowanie świata, jednak z pewnością oryginalne. Tytuł ma swój niepowtarzalny klimat, choć trzeba przyznać, że posiada też sporo glitchy, które ułatwiają rozgrywkę. Do tego ta różnorodność – twórcy nie poszli na łatwiznę i choć nie znajdziemy w grze mnóstwa leveli, tak te, które są, zaliczają się do innych epok i szerokości geograficznych. Szczerze polecam, choć sporo czasu upłynęło nim przeszłam ją w całości (ech, dzieciństwo bez Internetu i longplayerów…).

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz