Timespinner

Każdy z nas ma jedną lub kilka gier, w które zagrał w odpowiednim momencie swojego życia. Chodzi o ten moment, kiedy konkretna produkcja była w stanie odcisnąć na nas tak wielkie piętno, że stała się punktem odniesienia jeśli nie do wszystkich, to z pewnością do większości gier, które mieliśmy okazję poznać później. Dla mnie czymś takim jest Chrono Trigger i cieszę się, że dzięki Timespinnerowi ponownie, po niemal dwudziestu latach, mogłem poczuć magię pikselowych podróży w czasie.

Główną bohaterką debiutanckiej produkcji Lunar Ray Games jest Lunais – przedstawicielka mitycznego klanu zajmującego się ochroną technologii podróży w czasie. W dniu, gdy dziewczyna kończy swoje szkolenie i ma zostać Posłańcem Czasu, wioskę atakują przedstawiciele wrogiego imperium Lachiem, których głównym celem jest przejęcie sekretów chronionych przez klan. Rolą Posłańca Czasu jest cofnięcie się w przeszłość do takiego momentu, by ostrzec swoich pobratymców o zbliżającym się ataku, co ma umożliwić im bezpieczną ucieczkę. Jak to często jednak z podróżami w czasie bywa, nie wszystko idzie zgodnie z planem i Lunais w rezultacie wyruszy do dalekiej przeszłości, co da jej szansę powstrzymania rozwoju Lachiem w momencie, gdy było jeszcze kolonią zupełnie innego państwa.

Timespinner jest klasycznym przykładem science fantasy. Dzięki zastosowanej w grze mechanice podróży w czasie gracz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z rzeczywistością futurystyczną (roboty, kolonizacja międzygwiezdna, rozwinięta technologia komputerowa), ale także zwiedzić krainy charakterystyczne raczej dla fantastyki spod znaku Tolkiena i spółki, dla której chlebem powszednim są miecze, zaklęcia i pojedynki z demonami. Ten gatunkowy tygiel jest przy tym skonstruowany na tyle zręcznie, że wszystkie elementy gry traktujemy jako jedną, spójną (oczywiście z wyjątkami) całość.

W przeciwieństwie do Chrono Triggera, Timespinner postawił na dwa okresy historii świata gry – futurystyczną teraźniejszość oraz pseudośredniowieczną przeszłość (jest jeszcze jeden, ale ujawnienie go byłoby zbyt dużym spoilerem). Truizmem będzie stwierdzenie, że wraz z rozwojem gry decyzje podjęte w przeszłości wpłyną na kształt świata przyszłości. Amerykańskie studio poprowadziło jednak fabułę w ten sposób, że zmiany rzeczywistości dokonują się w sposób bardzo płynny, a przy tym często całkiem kompleksowy. Odczucie to zwiększają porozrzucane po obu światach listy, wspomnienia i multimedialne archiwa odsłaniające elementy historii, których nie możemy być świadkami jako gracze.

Mechanicznie Timespinner to klasyczna metroidvania. Wędrujemy wraz z naszą bohaterką po dwuwymiarowej mapie, odkrywając ją wraz z rozwojem fabuły. Do niektórych lokacji uzyskamy dostęp dopiero po odblokowaniu specjalnych zdolności (takich jak podwójny skok), niektóre będą w zmyślny sposób ukryte. Na swojej drodze zmierzymy się z dziesiątkami przeciwników zostawiających po sobie użyteczne przedmioty, a sama walka pozwoli nam na osiągnięcie wyższego poziomu doświadczenia i wzmocnienie naszej postaci. Krótką mówiąc – nic specjalnie odkrywczego w tym przeoranym przez dziesiątki porządnych produkcji gatunku. Aha, oczywiście będziemy mogli teleportować się też pomiędzy różnymi lokacjami w grze.

Nowością jest wprowadzony system magicznych kul, które pozwolą Lunais na używanie przypisanych im umiejętności. Każdy z kilkunastu typów orbów umożliwia korzystanie z innego rodzaju ataku, czaru specjalnego lub interesującego (choć nie zawsze przydatnego) bonusu pasywnego. Same kule zyskują poziomy doświadczenia niezależnie od bohatera – czasami opłaci się więc trochę grindowania nawet w sytuacji, gdy potwory nie będą dawać zauważalnego wzrostu expa. W walce pomogą nam także chowańce poukrywane w różnych zakątkach świata.

Grę wyróżnia nie tylko kapitalna muzyka, której nie powstydziliby się kompozytorzy największych jrpg-owych arcydzieł, ale przede wszystkim przepiękna, ręcznie rysowana grafika. Postacie i stworzenia występujące w Timspinnerze są bardzo szczegółowe, a programiści wykonali niesamowitą robotę sprawiając, by wszystko działało nad wyraz płynnie. Jeśli dołożyć do tego ogromną różnorodność krajobrazów, zachowującą jednak spójny styl, oraz trzymające się konwencji animacje ataków i czarów, otrzymamy perełkę nadającą się do kolekcji każdego miłośnika porządnego pixel artu.

W moim odczuciu, nie licząc drobnych zgrzytów w zakresie spójności stworzonego świata (choć trzeba przyznać, że sami twórcy bardzo frywolnie podchodzą do problemu paradoksów podróży w czasie), Timespinner nie ma znaczących wad. To piękna, dobrze narysowana i poprowadzona historia, w której problemy z tożsamością i osamotnieniem podróżnika w czasie są świetnym punktem wyjścia do, a jakże, ratowania świata. Dla miłośników japońskich RPG, metroidvanii, pixel artu i przybyszów z przyszłości pozycja obowiązkowa. Gdyby jeszcze była choć pięć godzin dłuższa, znalazłaby miejsce w moim TOP10.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz