Vendetta

Wojny gangów, okrutne porwania, uliczne porachunki i zero litości – to klimaty dosyć popularne w popkulturze, zwłaszcza w dekadzie lat 80. Nie dziwi zatem fakt, że formuła ta dotarła w końcu także do branży gier video z tego i nieco późniejszego okresu, a już zwłaszcza do salonów gier arcade. Tytułów opartych na tym motywie pojawiło się zresztą całe multum, od pamiętnego Renegade (który jest wyraźną inspiracją także dla tytułu opisywanego poniżej), przez serię Final Fight, aż po Streets of Rage 2. I choć te czasy minęły już bezpowrotnie, to warto pamiętać, że w gronie podobnych bijatyk ukryło się również kilka mniej rozpoznawalnych perełek, których odkrywanie potrafi, nawet dziś, zapewnić sporo satysfakcjonującej przyjemności.

Tytułowa Vendetta to przykład klasycznego podejścia do tematu chodzonej bijatyki. Czterech bohaterów, nieprzypadkowo przypominających znane postaci z kina akcji, rusza z misją odbicia swojej porwanej przyjaciółki. Do tego dosyć powolne tempo rozgrywki, przypominające raczej zestaw scenek godnych wtargnięć Stevena Seagala do baru pełnego lokalnych szumowin. Dalej to już, zdawałoby się, wyłącznie nawalanka – piąchy, rzuty, oddzielny przycisk dla kopniaków (sprzedawanych także leżącym przeciwnikom!), do tego łańcuchy, butelki i wiele wiele więcej. Po prostu wszystko, i tylko to, czego trzeba, by wyrównać porachunki, bez niepotrzebnej gimnastyki i rozdrabniania się na szczegóły.

Vendetta, poza surową porcją przemocy, jest też przykładem umiejętnie zaprojektowanego produktu i fajnie, choć niepozornie, wyważonego poziomu trudności. Poznawanie plansz, różnic między postaciami, charakterystycznych zachowań przeciwników i metod radzenia sobie z bossami jest ważną częścią udanej rozgrywki, ale nie przytłacza, a nawet wręcz przeciwnie, potrafi przynieść wiele satysfakcji. Stąd pierwsze zderzenie z mechanikami gry może być nieco twarde, ale efekty spostrzeżeń oraz nauki powinny przyjść dosyć szybko, a już po kilku partiach będziecie mogli pomiatać bandytami na prawo i lewo. Podobnie z przeciwnikami na koniec plansz, potrafią zrobić pierwsze wrażenie, ale gdy tylko opracujecie metody odpowiedzi na ich zagrania oraz zachowacie dyscyplinę, wszystko powinno składać się w niezły tartak, gdzie rolę krajzegi będą pełniły wasze pięści i twarde buty.

Oprawa graficzna Vendetty jest dosyć oszczędna, nie ma tu efekciarstwa, bogatego pixel artu czy zapadających w pamięć teł. O efektach dźwiękowych nie można powiedzieć wiele więcej niż to, że doskonale wpasowują się w klimat, ale muzyka to już nieco odrębny temat. O ile motywy są podobnie szorstkie i nieskomplikowane, to zaryzykowałbym stwierdzenie, że jednocześnie są naładowane atmosferą budującą cały flow rozgrywki. Szybki rzut oka pozwala zresztą sprawdzić, że jest to jedna z wczesnych (współ)prac Michiru Yamane, znanej przede wszystkim z późniejszych tematów muzycznych w serii Castlevania.

Wydana w roku 1991 Vendetta jest technicznie – dostępną pod zmienionym tytułem na zachodzie – drugą częścią bijatyki Crime Fighters, wydanej dwa lata wcześniej, także przez Konami. Kontynuacją ze wszech miar przebijającą swój pierwowzór i choć istnieją między nimi pewne podobieństwa, to różnice utrudniają jakiekolwiek gatunkowe porównania. Zatem jeśli nie straszna Wam niepoprawna politycznie przemoc, ocenzurowane w niektórych regionach treści i ostra atmosfera ulicznej jatki, to najprawdopodobniej tytuł także dla Was. Być może zemsta to nienajlepszy pomysł, ale wyładowanie się w stylu złotej ery bijatyk – od jednego do czterech graczy przy jednym ekranie – to już zdecydowanie oczyszczające doznanie.

Jazzwhisky

Dodaj komentarz