Xevious

Spora część gier, które dziś noszą zaszczytne miano retro, była takimi hitami, że ukazywała się na niemal każdej możliwej platformie. Zresztą nie ma się co dziwić, podobnie wygląda to współcześnie, gdy wielkie tytuły cieszą oczy fanbojów PS4, Xbox-a, Switcha czy wyznawców stwierdzenia „PC master race”. Jedną z takich starszych giereczek jest Xevious. Dziełko panów z Namco pojawiło się na Famicomie w 1983 roku. To taka kosmiczna strzelanka podobna do wydanych wcześniej i później Galagi oraz Galaxiana. Jak się okazuje, tego typu gry zawsze cieszyły się ogromną popularnością. Powinnam dodać, że nadal się nią cieszą – kolejno w 2004 i 2007 roku na konsole Game Boy Advance oraz Xbox 360 tytuł wydano ponownie jako Xevious (NES Classic).

Wbrew pozorom, nasza gra ma fabułę. Jak nietrudno się domyślić, jest ona sztampowa i niczego do rozgrywki nie wnosi, jednak twórcy i tak postanowili jakoś wytłumaczyć poczynania graczy. Kierujemy statkiem o nazwie Solvalou i musimy się zmierzyć z główną złą siłą, czyli tytułowym Xeviousem. W tym celu lecimy ponad góry, rzeki, lasy, generalnie miejscówki kojarzące się równie dobrze z naszą planetą, aby spotkać się twarzą w twarz (statkiem w statek) z najważniejszym antagonistą. Rzecz jasna, na trasie czekają na nas różne atrakcje. Część z nich po prostu sobie lata, inne również do nas strzelają. Co najgorsze, nie każdego przeciwnika da się zestrzelić. Jako że jeden strzał lub dotknięcie czegoś skutkuje utratą życia, trzeba mieć naprawdę zręczne palce, by uciec przed atakiem.

Jakie szanse w starciach ma nasz mały stateczek? Posiada zasadniczo dwa rodzaje ataku. Pierwszy z nich to standardowe strzelanie. Jeśli nasz kontroler posiada opcję znaną z podrób, czyli Turbo, nie powinno być większych problemów z pokonaniem nadlatujących z naprzeciwka ustrojstw. Jednakże, niektórych obiektów nie da się zestrzelić standardową bronią. Dotyczy to przede wszystkim tych, które znajdują się na powierzchni. To w sumie logiczne, bo nasz statek jest w powietrzu i strzela przed siebie. Aby atakować w dół, musimy skorzystać z bomb. Tutaj nieco ciężej o precyzję, gdyż trzeba prawie idealnie trafić w obiekt, aby go zniszczyć. Pomaga nam jednak specjalny celownik, dzięki któremu widzimy, gdzie może upaść nasz zrzut. Jako ciekawostkę warto zauważyć, że na ziemi znajdują się także okrągłe przedmioty (?), które mają czerwone elementy. Nie robią nam one krzywdy i możemy je ominąć, jednak jeśli uda nam się je ustrzelić, będziemy się zmagać z nieco łatwiejszymi przeciwnikami.

Siadając do rozgrywki współcześnie nie mamy poczucia jakiegoś wielkiego zachwytu. Ot, całkiem przyjemna gierka retro. Tymczasem Xevious jest jednym z bardziej rewolucyjnych tytułów swoich czasów. Jako jeden z pierwszych wprowadza walkę z bossem, jakąś tam fabułę, do tego ma także własną reklamę telewizyjną. Jak wiadomo, sporo młodszych gier czerpało garściami z rozwiązań zaimplementowanych przez Namco. Wracając jeszcze do bossów, również byli oni wpisani w konwencję tytułu. Walczyliśmy ze statkami wielokrotnie większymi od naszego, które wypuszczały całe salwy na nasz mały Solvalou.

Grafika z perspektywy czasy nie jest zachwycająca, jednak kiedy gra ujrzała światło dzienne, musiała robić wrażenie. Większe maszyny czy nasz celowniczek oddane są dość dokładnie. Poniżej nas znajdują się lasy, jakieś rzeczki i pola, jednak nie powalają kolorystyką i szczegółami. Wyglądają trochę jak kolorowanka przedszkolaka. No dobra, jakieś kreski odznaczają drzewa od trawy. W zasadzie nie ma tu jakichś leveli, raczej etapy całej rozgrywki, które nie są w oczywisty sposób zarysowane. Fajnie, że przeciwnicy rzeczywiście sprawiają wrażenie futurystycznych maszyn, o których ludzkość jeszcze nie ma pojęcia, nawet jeśli miałyby to być latające kółka wypuszczające po jednym strzale.

Muzyki jako takiej raczej nie uświadczymy. Mimo to uważam, że udźwiękowienie jest w porządku. Oczywiście wszystkie machiny w grze wydają z siebie stereotypowe „piu, piu, piu”, ale mam wrażenie, że różnią się one na tyle, aby gracz zdążył ogarnąć, że to właśnie do niego strzelają i trzeba uskoczyć. Do tego dochodzą odgłosy poruszania się oraz zniszczenia. Przypomnijmy sobie, że mamy początek lat 80., nie ma co oczekiwać fajerwerków.

Gry-matki, które wnoszą coś do gatunku, zawsze zasługują na szacunek. W przypadku Xevious mówimy o wprowadzeniu rozwiązań, które później obowiązywały nie tylko w kosmicznych strzelankach. Może nie jest to gra, która mocno wciąga, tym bardziej, że jest równocześnie mocno wymagająca, niemniej jest na tyle krótka, że warto dać jej szansę.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz