Yggdra Union: We’ll Never Fight Alone

Gdybym miał wybrać handheldową grę, która najbardziej na świecie mnie irytuje, a jednocześnie w jakiś niewytłumaczalny sposób wciąż do siebie przyciąga, będzie to bez dwóch zdań Yggdra Union: We’ll Never Fight Alone. To nie najgorzej przyjęte przez krytykę i fanów taktyczne RPG posiada wszystkie elementy produkcji-legendy, które jednak schodzą na drugi plan przy niemożliwym do wytłumaczenia poziomie trudności, skutecznie zniechęcającym kolejne pokolenia graczy.

Japońskie studio Sting Entertainment wypuściło na GBA jednego z moich ulubionych handheldowych RPG-ów – Riviera: The Promised Land (pewnie w niedalekiej przyszłości pokuszę się o recenzję). Jego kontynuacją, a zarazem drugim z kilku epizodów serii Dept. Heaven jest właśnie Yggdra Union. Produkcję dorwałem na konsolę Nintendo, ale jej bardziej popularny port został wydany na PSP.

Historia tytułowej księżniczki Yggdry jest dosyć sztampowa. Pozbawiona swojego dziedzictwa dziewczyna wyrusza w podróż, która przyniesie jej niespodziewanych sojuszników, masę paskudnych wrogów i okazję nie tylko do zemsty, ale przede wszystkim do odbudowania swojego królestwa. Scenariusz jest absolutnie liniowy, co niestety było także cechą Riviery. Autorzy zaserwowali nam jednak trzy różne zakończenia – każde z nich, jeśli przetrwacie męczarnie rozgrywki, wprawi Was jeśli nie w depresyjny, to co najmniej w niejednoznaczny nastrój. Fabuła, podobnie jak mechanika, nie są tutaj po to, by rozpieszczać gracza.

Zanim przejdę do tego, dlaczego notorycznie wracam do gry wywołującej u mnie tsunami frustracji, kilka słów o rozgrywce. YU to taktyczne RPG – produkcja jest zatem serią bitew rozgrywanych na dwuwymiarowej mapie, podczas których przemieszczamy postacie jak pionki na szachownicy. Turowa strategia, podobnie jak większość tytułów z czołówki gatunku, wykorzystuje właściwości terenu, pory dnia i rodzaje broni, które różnicują zadawane i otrzymywane obrażenia. Yggdra jest o tyle ciekawa, że wprowadza mechanikę unii – w swojej turze możemy co prawda atakować tylko raz, ale jeśli odpowiednio ustawimy bohaterów, będą atakowali po kolei. Tym samym rozgrywka nabiera nowego, taktycznego znaczenia i za to ogromny plus dla twórców.

Japończycy mieli zatem niezły pomysł, doświadczenie i świetnych ludzi w zespole. Czym to zepsuli? Poziomem trudności. Yggdra Union jest tak pozbawiona litości dla gracza jak tylko może być gra na GBA. Nie dość, że walka jest mocno losowa przez modyfikacje terenu, pory dnia i małe różnice w statystykach postaci – drobne błędy popełnione w pierwszych misjach mogą zaważyć na tym, że produkcji nigdy nie ukończycie. Na początku każdej mapy wybieramy kilka kart, które posiadając różne umiejętności są przez nas wykorzystywane do ataku i poruszania się. Gdy użyte, zdobywają (na stałe) większą moc. Łatwo z tego wysnuć wniosek, że kilka złych wyborów kart zemści się talią, która nie sprosta czekającym na nas wyzwaniom.

To jeszcze nie wszystko. Odpowiednikiem HP bohaterów jest morale, które (poważnie) nie regeneruje się między walkami. Można je odzyskać poświęcając znalezione z trudem przedmioty, co jednak także osłabia nasze możliwości w przyszłości. Kilka losowych ciosów na początku gry może więc, ponownie, uniemożliwić nam jej ukończenie. Co więcej, wzrost cech bohaterów wpływających na szanse przeżycia zależy m.in. od posiadanych przedmiotów oraz tego, jak poradziliśmy sobie na poprzednich mapach (tzn. czy ukończyliśmy je w przewidzianej liczbie tur). Wystarczy że jeden z opisanych elementów zawiedzie, jedna walka, która miała być tylko formalnością, nie powiedzie się przez zwykły brak szczęścia, a zmagania trzeba będzie zaczynać od początku – i nie mam tu na myśli początku mapy.

Coś takiego jest jednak w YU, co każde mi raz na jakiś czas do niej wrócić i jeszcze raz spróbować znaleźć w niej przyjemność. Może to świetnie dobrana muzyka, może przepiękny (choć nie na mapach bitew) pixel art? Opisywana produkcja to graficzna perełka, dopracowana w każdym szczególe i wyprzedzająca standardy GBA co najmniej o dwie długości. Sam nie wiem, może po prostu do tej pory nie sprzyjało mi szczęście? Yggdra Union: We’ll Never Fight Alone to tytuł obowiązkowy dla każdego retrofana Nintendo – warto sprawdzić, jak łatwo znienawidzić grę, która miała wszystko, by ją pokochać.

Michał Wysocki

Dodaj komentarz