20 września 2021

Baseball Stars

Jak już wielokrotnie padło, wbrew pozorom bejsbol kręci naszych przyjaciół z Kraju Kwitnącej Wiśni. Stworzenie gry o tej tematyce daje podwójne zwycięstwo – sprzeda się w Japonii, ale także da się bezboleśnie zaimportować do Stanów Zjednoczonych. Z takiego założenia wyszli również twórcy Baseball Stars. Panowie z SNK wydali ten produkt w 1989 roku, kiedy jeszcze nie nastąpił istny wylew potyczek z kijem w ręku. Zasadniczo, gra ma do zaoferowania więcej, niż tylko żerowanie na fanatykach tego sportu, ale zalicza też ważny brak w sferze, w której absolutnie nie ma prawa tego robić.

Podstawowe dwa tryby to sezon oraz pojedynek jeden na jeden. Trzeba przyznać, że wybór całych rozgrywek zapewnia pewną satysfakcję – rzeczywiście ma się poczucie uczestnictwa w dużym turnieju. Otrzymujemy tabelę, gdzie możemy zerknąć na wyniki, po czym przystępujemy do walki. Inne mecze możemy oglądać albo symulować, to już zależy od nas i tego jak bardzo chcemy uczestniczyć, wczuwając się w dany tytuł.

Pierwszym, co rzuca się w oczy w porównaniu z innymi tytułami traktującymi o tym sporcie, jest mnogość opcji, w tym szalona jak na te czasy możliwość dokonywania zakupu zawodników. Mamy osiem podstawowych drużyn, jednak wedle uznania stwarzamy nowe i kooptujemy do nich zawodników. Same „oryginalne” teamy nie są na licencji, jedynie niektórzy zawodnicy znani byli Jankesom z ich rodzimej ligi, a poznać ich możemy po nieco zmienionych personaliach. Kreacja drużyny pozwala nam nie tylko na nadanie jej nazwy, ale i ustalenie pewnych statystyk, jak choćby balans czy bieganie. Następnie otrzymujemy odpowiednią ilość gotówki i ruszamy na rynek transferowy.

Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z całkiem fajnym tytułem. Jest tylko jeden mały, malutki problem – grywalność. Niestety, najważniejszy element w grze najbardziej daje ciała. Jak wygląda większość uderzeń pałkarza? Piłka leci w aut, raz udało mi się ją podbić w komiczny sposób, podniosła się i opadła tuż za mną, często, jeśli już wceluje się w boisko, przechwytuje ją łatwo przeciwnik. Może zatem gra miotaczem jest łatwiejsza? Otóż nie. Nie powiem, tu już się trafia w boisko, ale jak się nie rzuci, za każdym razem rywal odbije.

Grafika jest bardzo ładna. Czołówka wygląda super, zawodnicy też. Co fajne, te różne dziwne nazwy drużyn znajdują odzwierciedlenie w wyglądzie zawodników. Jeśli zdecydujemy się na team Ninja, będziemy odbijać piłkę i miotać ją gościem przypominającym bohatera Tenchu. Podobać się może również to, że gdy kamera ukazuje większą część boiska, nasi zawodnicy nadal są dokładnie, jak na NES-a, animowani, to już nie są niewielkie punkciki przebierające nóżkami. Efektownie prezentują się wślizgi po piłkę. Natomiast muzyka jest okropna, zaczyna irytować już po pierwszej minucie i nie da się tego dłużej zdzierżyć. Co najgorsze, najbardziej działa na nerwy utwór, który będziemy słyszeć najczęściej, czyli ten z meczu.

Ciężko jest tytuł polecić lub odradzić. Z jednej strony naprawdę masa ciekawych opcji, fajnie wyglądający zawodnicy, widać, że panowie z SNK przemyśleli sprawę, nie wciskając ludziom znów tego samego produktu, co inni twórcy. Ale najgorszym elementem prócz dźwięku jest zdecydowanie grywalność, co jest błędem niewybaczalnym. Nie powiem, spędziłam z tytułem trochę czasu i w końcu zaczęłam trafiać w boisko, ale próg wejścia jest dość wysoki i na pewno nie zadowoli niecierpliwych graczy. Sami oceńcie, czy oferowane opcje są godne Waszego czasu.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *