23 czerwca 2021

Baseball Stars

Jak już wielokrotnie padło, wbrew pozorom bejsbol kręci naszych przyjaciół z Kraju Kwitnącej Wiśni. Stworzenie gry o tej tematyce daje podwójne zwycięstwo – sprzeda się w Japonii, ale także da się bezboleśnie zaimportować do Stanów Zjednoczonych. Z takiego założenia wyszli również twórcy Baseball Stars. Panowie z SNK wydali ten produkt w 1989 roku, kiedy jeszcze nie nastąpił istny wylew potyczek z kijem w ręku. Zasadniczo, gra ma do zaoferowania więcej, niż tylko żerowanie na fanatykach tego sportu, ale zalicza też ważny brak w sferze, w której absolutnie nie ma prawa tego robić.

Podstawowe dwa tryby to sezon oraz pojedynek jeden na jeden. Trzeba przyznać, że wybór całych rozgrywek zapewnia pewną satysfakcję – rzeczywiście ma się poczucie uczestnictwa w dużym turnieju. Otrzymujemy tabelę, gdzie możemy zerknąć na wyniki, po czym przystępujemy do walki. Inne mecze możemy oglądać albo symulować, to już zależy od nas i tego jak bardzo chcemy uczestniczyć, wczuwając się w dany tytuł.

Pierwszym, co rzuca się w oczy w porównaniu z innymi tytułami traktującymi o tym sporcie, jest mnogość opcji, w tym szalona jak na te czasy możliwość dokonywania zakupu zawodników. Mamy osiem podstawowych drużyn, jednak wedle uznania stwarzamy nowe i kooptujemy do nich zawodników. Same „oryginalne” teamy nie są na licencji, jedynie niektórzy zawodnicy znani byli Jankesom z ich rodzimej ligi, a poznać ich możemy po nieco zmienionych personaliach. Kreacja drużyny pozwala nam nie tylko na nadanie jej nazwy, ale i ustalenie pewnych statystyk, jak choćby balans czy bieganie. Następnie otrzymujemy odpowiednią ilość gotówki i ruszamy na rynek transferowy.

Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z całkiem fajnym tytułem. Jest tylko jeden mały, malutki problem – grywalność. Niestety, najważniejszy element w grze najbardziej daje ciała. Jak wygląda większość uderzeń pałkarza? Piłka leci w aut, raz udało mi się ją podbić w komiczny sposób, podniosła się i opadła tuż za mną, często, jeśli już wceluje się w boisko, przechwytuje ją łatwo przeciwnik. Może zatem gra miotaczem jest łatwiejsza? Otóż nie. Nie powiem, tu już się trafia w boisko, ale jak się nie rzuci, za każdym razem rywal odbije.

Grafika jest bardzo ładna. Czołówka wygląda super, zawodnicy też. Co fajne, te różne dziwne nazwy drużyn znajdują odzwierciedlenie w wyglądzie zawodników. Jeśli zdecydujemy się na team Ninja, będziemy odbijać piłkę i miotać ją gościem przypominającym bohatera Tenchu. Podobać się może również to, że gdy kamera ukazuje większą część boiska, nasi zawodnicy nadal są dokładnie, jak na NES-a, animowani, to już nie są niewielkie punkciki przebierające nóżkami. Efektownie prezentują się wślizgi po piłkę. Natomiast muzyka jest okropna, zaczyna irytować już po pierwszej minucie i nie da się tego dłużej zdzierżyć. Co najgorsze, najbardziej działa na nerwy utwór, który będziemy słyszeć najczęściej, czyli ten z meczu.

Ciężko jest tytuł polecić lub odradzić. Z jednej strony naprawdę masa ciekawych opcji, fajnie wyglądający zawodnicy, widać, że panowie z SNK przemyśleli sprawę, nie wciskając ludziom znów tego samego produktu, co inni twórcy. Ale najgorszym elementem prócz dźwięku jest zdecydowanie grywalność, co jest błędem niewybaczalnym. Nie powiem, spędziłam z tytułem trochę czasu i w końcu zaczęłam trafiać w boisko, ale próg wejścia jest dość wysoki i na pewno nie zadowoli niecierpliwych graczy. Sami oceńcie, czy oferowane opcje są godne Waszego czasu.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *