31 lipca 2021

Cowboy Kid

Dziki Zachód to bardzo wdzięczny temat, jeśli chodzi o gry. Kawał czasu temu recenzowałam jedną produkcję na NES-a w tym stylu, ale jak wiadomo, najłatwiej o porównania, kiedy tytuły mają wspólny mianownik. W tej recenzji będziecie mogli się przekonać, czy Cowboy Kid, wydane w 1992 roku przez Romstar ma podjazd do Gun Smoke’a, czy może wprowadza zupełnie nową jakość do gatunku.

Już sam ekran startowy ukazuje nam, z czym będziemy mieć do czynienia. Co ciekawe, nie czeka nas typowa gra akcji, ale rozgrywka z elementami RPG-a – wchodzimy w różne miejsca, kupujemy lub otrzymujemy stuff, po czym załatwiamy hordy kowbojów i Indian, które próbują podskoczyć do naszego protagonisty. Niemal na samym początku przejmujemy rolę obrońcy naszej pięknej lokacji – zostają nam pokazane listy gończe bandziorów terroryzujących miasteczko, zaś my wybieramy, kogo eliminujemy najpierw. Żeby było ciekawiej, każdego złego musimy znaleźć, m.in. dzięki rozmowom z mieszkańcami, unieszkodliwić, czasem jeszcze ogarnąć taktykę, jak do niego dotrzeć, a to wszystko w rytm stale upływającego czasu! Teoretycznie otrzymujemy go sporo – jakieś 20 minut na bandytę, niektóre gry na NES-a da się w całości przejść, mając tyle do dyspozycji, jednak grając pierwszy raz będzie się czuło presję umykających sekund.

Na trasie naszych zmagań często natykamy się na nieco mniejszych rzezimieszków. Niektórzy będą do nas strzelać, inni uderzać przedmiotami. Kolizja z każdym kończy się utratą naszego serduszka (strata wszystkich serduszek równa się utracie życia). To jest chyba największą wadą tej gry, ponieważ tych ludzi ciężko jest ominąć. Nawet kiedy atakują pod kątem, trafiają nas. Potrzeba kilku podejść, by się do tego przyzwyczaić, a i tak nieraz wezmą nas z zaskoczenia. Z kolei bossowie wymagają sporych pokładów cierpliwości. Nie są jacyś szczególnie groźni, jednak potrafią przyjąć na ciało cały magazynek nabojów, a mimo to nadal żyć. W przypadku prostych pomyłek można się nieco sfrustrować.

Jeżeli znudzi nam się wojowanie i poszukiwanie złoczyńców, możemy pozwolić sobie na odrobinę relaksu – shopping oraz mini gry. Kupić możemy przydatne w misjach gadżety, jak choćby mapę czy drabinę, ale i żarełko, uzupełniające utracone punkty życia. Niestety, kiedy kupimy jeden bochenek chleba, a serduszek nadal nam brakuje, musimy wyjść ze sklepu i ponownie wejść, aby znów był na stanie, co w kontekście upływającego czasu jest co najwyżej średnie. Jeśli chcemy się bardziej zregenerować, możemy w zajeździe wybrać opcję spania i określić warunki, w jakich przyjdzie nam spędzić noc. Jeśli chodzi o wspomniane mini gry, jest ich kilka i wszystkie fajnie pasują do klimatu. Wspomnę choćby znane z gier na NES-a przy użyciu zappera strzelanie do bandytów, przy równoczesnym unikaniu trafiania w niewinnych, oraz grę w Black Jacka.

Grafika jest bardzo przyjemna, mimo wszystko poszczególne levele są dość zróżnicowane. Mocno czuć klimat Dzikiego Zachodu. Bardzo na plus animacje naszego bohatera odpoczywającego w hotelach – kiedy idzie spać widzimy sympatyczne scenki rodzajowe. Muzyka również kojarzy się z taką radosną wersją Red Dead Redemption, choć w kwestiach audiowizualnych bardziej wskazywałabym na grafikę.

Cowboy Kid udowodnił mi, że w grotece NES-a nadal znajdują się tytuły, które potrafią mnie czymś zaskoczyć. Humor, swobodna eksploracja, fajny gameplay i jednak spora długość to niewątpliwe zalety tego tytułu. Dziwnie wygląda kwestia kolizji z przeciwnikami, ale to zaledwie łyżka dziegciu w beczce miodu. Grę polecam każdemu i jest to mój numer jeden na Dzikim Zachodzie.

Izabela „Prezesowa” Durma

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *