Final Fantasy VI

O tym, jak duży wpływ na nasze upodobania ma przypadek, niech świadczy fakt, że do dziś moją ulubioną częścią serii Final Fantasy jest piątka. Po prostu tylko do niej miałem dostęp w czasach, gdy rodził się mój gust growy. Później przyszła część VIII, a po niej – VI. Do tej ostatniej postanowiłem powrócić po latach i spróbować swoich sił z portem na konsolę Game Boy Advance. Choć subiektywne preferencje nie pozwalają mi przekonać samego siebie, że ta część lepsza jest od swojej poprzedniczki, obiektywnie to właśnie należy powiedzieć. W dwuwymiarowej części serii Final Fantasy nie było lepszego tytułu.

Twórcy ponownie osadzili historię w świecie totalnego pomieszania steampunku i klasycznego fantasy, w którym obok magów w kolorowych opończach występują wielkie bojowe mechy, lasery i pojazdy napędzane parą. Sterujemy łącznie 14 różnymi postaciami, przy czym główną oś fabularną trzyma Terra – dziwna, więziona przez Imperium wojowniczka o znacznej mocy magicznej. Cała historia zresztą dotyczy konfliktu pomiędzy rzeczonym Imperium a rewolucjonistami, którzy nie chcą godzić się na narzucanie im sposobu życia. W porównaniu do poprzednich części serii, tutaj fabuła jest gigantycznych wręcz rozmiarów. Każda z postaci dostaje swoje momenty fabularne, ma własne motywacje i wyróżniające ją cechy. Często musimy dzielić drużynę na różne grupy, przy czym każda ma do wykonania inną rolę. Absolutny majstersztyk scenariuszowy.

Niewiele gorzej od fabuły wypada kwestia mechaniki. Twórcy postanowili zrezygnować z upierdliwego i łatwo dającego się zepsuć systemu jobów z piątki i zaproponowali coś zupełnie nowego. Każda z postaci ma własne umiejętności, które zdobywa w specyficzny dla siebie sposób (różnorodność jest tutaj ogromna!), a dodatkowo od pewnego momentu w grze możemy ekwipować espery, które po określonej liczbie wygranych walk pozwolą nam poznać różne magiczne umiejętności. To zdecydowanie przyjemniejszy system rozwoju postaci, który pozwala łatwo naprawiać popełnione błędy nawet po dłuższych posiedzeniach z tą produkcją.

Oprawa audiowizualna trzyma solidny poziom, dodatkowo zwiększony przez makijaż wykonany przy okazji premiery portu na konsolę GBA. Lokacje są różnorodne i ładnie narysowane, podobnie jak tła w walce i występujący w niej przeciwnicy. Nieco rażą dość niechlujne portrety postaci, ale to w zasadzie jedyna poważna wada tej gry. Romans z grafiką 3D, charakterystyczny dla SNES-owych produkcji z okresu FF VI, także wypada całkiem nieźle. O ścieżce dźwiękowej chyba nie muszę wspominać – niektóre utwory do dziś grane są przez orkiestry symfoniczne na całym świecie.

Final Fantasy VI jest nie tylko znakomitym pożegnaniem się serii z dwuwymiarową grafiką, ale także fantastyczną fabułą, z której garściami powinny czerpać współczesne produkcje. Port na GBA został wzbogacony nie tylko wizualnie – w grze pojawiły się nowe lokacje, potwory, zaklęcia i espery. Chociażby z tego powodu warto skombinować sobie edycję na handhelda Nintendo.

Michał „Michu” Wysocki

Dodaj komentarz